Parafrazując Petera Turchina, możemy powiedzieć, że żyjemy w czasach ostatecznych. Nasz świat się dezintegruje. Narastający kryzys można uznać za naturalny etap rozwoju lub stan, do którego doprowadziło wyczerpanie się dotychczas dominującej formuły. Tak czy inaczej stajemy w obliczu poważnych wyzwań i musimy dokonać wyboru.
Jest jesień 2008 roku. W kierownictwie instytucji finansowej zapada decyzja o masowej wyprzedaży toksycznych aktywów. Oznacza świadome działanie wbrew interesom nabywców. Nadużycie zaufania. Jeden z menedżerów nie chce jej dłużej firmować i postanawia odejść. Przełożony, Tuld, próbuje go zatrzymać:
Tuld: Daj spokój. Uśmiechnij się. Dziś wykonałeś kawał dobrej roboty. […] To tylko pieniądze. Ludzki wymysł. Papierki z nadrukiem. […] Nie ma w tym nic złego. I nic nowego. […] Tak czy inaczej wychodzi na to samo. Nic nie możemy na to poradzić. Ani ty, ani ja nie jesteśmy w stanie zatrzymać biegu spraw, spowolnić go ani choćby odrobinę zmienić. Możemy jedynie reagować. Jeśli nam się uda, zrobimy grubą forsę. Jeżeli nie – zmiecie nas z planszy.
John Tuld (Jeremy Irons), Chciwość (Margin Call, reż. J.C. Chandor, 2011), tłumaczenie własne
Tuld przedstawia swoją wizję porządku spraw z charakterystyczną chłodną precyzją. Należy odrzucić pozory i skupić się na faktach. Na twardych podstawach. Kryzysy powtarzają się z nieubłaganą regularnością.
Ekonomia realizmu
Ten model myślenia, który w szerokim rozumieniu można nazwać realizmem, brzmi spójnie i wiarygodnie. Warto potraktować go poważnie. Zastosować do niego jego własną bezwzględną logikę. Zestawić założenia z konsekwencjami. Wykonać bilans.
Mówimy tu o ekonomii, choć rozszerzamy ją poza finanse, na ekonomię systemów. Taki model nie ogranicza się do przepływów finansowych. Bada bilans zysków i strat, dynamikę układu.
Decyzja, od której zaczęliśmy, zapada nocą na zamkniętym spotkaniu, wśród profesjonalistów. Omawiano ją w grupie wtajemniczonych, między ludźmi, którzy mają dostęp do informacji, kompetencje i są przygotowani, aby wykorzystać swoje przewagi. We własnym przekonaniu reagują na to, co nieuchronne. Robią to, co jest do zrobienia. Nawet jeśli czasem pozostaje jedynie minimalizować straty. W momencie decyzji nie chodzi bowiem o karierę czy ratowanie stanu osobistego konta. Tuld, który bierze na siebie odpowiedzialność, ma świadomość, że niezależnie od rozwoju wydarzeń prawdopodobnie wyląduje na „złotym spadochronie”. Idzie o pozostanie na planszy. A to oznacza również zachowanie reguł, według których jego świat nadal będzie funkcjonował. Ochronę pola gry. Ocalenie systemu.
W polityce realizm podąża równoległą ścieżką. Obok parlamentu, rządu, aparatu sprawiedliwości państwo wyłania wyspecjalizowane elitarne grupy, agencje i służby. W ich skład wchodzą ludzie wyselekcjonowani, przygotowani, korzystający z dostępu do informacji niepublicznych. Pracują często w obszarach działań zakulisowych: jak w przypadku wywiadu czy kontrwywiadu, planowania wojskowego albo cyberbezpieczeństwa. Tak rozumiana elita, zwana czasem „głębokim państwem”, chroni system. Zapewnia ciągłość decyzyjną przy zmieniających się rządach. Stara się na różnych polach stabilizować państwo. Prowadzić w jego imieniu grę.
W tej służbie nierzadko trzeba mierzyć się z sytuacjami tragicznymi w sensie klasycznym, w których każdy wybór oznacza czyjąś krzywdę. Są momenty, kiedy można jedynie minimalizować straty lub wybrać mniejsze zło. Zdarza się, że takie decyzje łamią normy etyczne, czasem również prawo. Łamią kręgosłupy, a nierzadko życie.
Odpowiedzialność, którą czasami muszą wziąć na siebie decydenci, poczucie winy potrafią być przytłaczające. Nieoczywistych przykładów dostarcza serial HBO Czarnobyl. Pokazuje radzieckich urzędników działających w sytuacji ekstremalnej nie jako ideologicznych funkcjonariuszy, lecz ludzi uwikłanych w tragiczne wybory. Aby ograniczać skutki katastrofy w reaktorze w 1986 roku, wysyłano setki ratowników w miejsca, w których żadną miarą nie dało się im zapewnić bezpieczeństwa. Bo stawką było życie milionów. Nawet radzieccy aparatczycy, jak to przekonująco przedstawia serial, nie mogli uniknąć psychologicznego ciężaru decyzji.
Inaczej wygląda więc sytuacja wyboru z punktu widzenia decydenta i komentatora. Osobista odpowiedzialność odsłania złożoność, która dla obserwatora nie zawsze jest oczywista. Zainteresowanych analizą dylematów władzy w szerszym kontekście koncepcji „głębokiego państwa” odsyłam do wykładu Marcina Giełzaka „Czym jest racja stanu”.
Tarcia
Bilans działania „głębokiego państwa”, stabilizującego i zabezpieczającego istnienie wspólnoty politycznej jako takiej, byłby jednak niepełny, gdyby nie wspomnieć o strukturalnych kosztach. Bo najtrudniejsze moralnie decyzje podejmowane są w wąskim gronie wtajemniczonych. Działania na granicy, a czasem poza granicą etyki i prawa planowane są za zamkniętymi drzwiami. Owszem, brak pełnej transparentności, przekonanie o prawie do funkcjonowania na specjalnych warunkach, rozliczanie się jedynie ze skuteczności często oznaczającej niemą akceptację zasady „Cel uświęca środki” można uznać za koszt, który trzeba zaakceptować. Cenę, którą warto zapłacić. Jednak w warunkach współczesnej demokracji powoduje to napięcia. Tarcia. Jak piasek w trybach.
Realista Bismarck mógł jeszcze zasadę równości obywateli w prawach i obowiązkach traktować jako drugorzędną w stosunku do interesu państwa, a de Gaulle’owi łatwo w jego czasach przyszło powołać się parokrotnie na stan wyższej konieczności, aby w zamkniętym gronie robić to, co należało. We współczesnych demokracjach zachodnich nie da się jednak łatwo zignorować zasad egalitaryzmu i transparentności decyzji. W miarę jak przez stulecia demokracja osadza się coraz głębiej w tkance społecznej, jej hasła uniwersalizują się, zakres poszerza. To, co w wieku XIX uznawano za epokowe osiągnięcie, na przykład rozszerzenie praw wyborczych na wszystkich dorosłych mężczyzn, w wieku XX widziano już jako dyskryminację kobiet. Rozumienie demokracji ewoluuje w czasie. „Liberté, Égalité, Fraternité” to dzisiaj więcej niż deklaracja ideowa. To fundament demokracji liberalnej. Jej serce.
3 czerwca 2016 roku, w toku kampanii przedreferendalnej, stronnik Brexitu lord Gove sformułował hasło, które do dziś niesie „populistów” i alt-prawicę:
[…] nasz naród dość już nasłuchał się ekspertów […] przekonujących, że wiedzą, co dla nas najlepsze, a potem raz za razem źle oceniających sytuację. (tłumaczenie własne)
Na głębokim poziomie to ciężkie oskarżenie nie tylko wobec brytyjskiej klasy eksperckiej, ale elit politycznych w ogóle. Mechanizm działa uniwersalnie. Lider takiej partii jak Konfederacja Korony Polskiej wykonuje podobny ruch polityczny: aby zakwestionować podstawę demokracji liberalnej, wskazuje ekskluzywny krąg ludzi wynoszących się ponad innych i prowadzących wszystkich na manowce. Sukces Grzegorza Brauna w takim kontekście zasadza się nie na tym, że proponuje proste rozwiązania trudnych problemów. Także historie o podziemnych bunkrach pod CPK i obcych interwencjach nie są jego głównym ostrzem. Na fundamentalnym poziomie jego przekaz trafia bowiem w czuły punkt. Pod sztafażem teorii spiskowych eksploatuje rzeczywiste sprzeczności systemu.
Wystarczy tę odpowiedzialność wyciągnąć na światło dzienne. I podbić przekaz.
Rozczarowanie
Ceną polityczną merytokracji zarządzającej systemem w imię racji stanu jest więc klincz z egalitarną demokracją. Tkwi on głęboko w strukturze modelu, niezależnie od tego, czy opozycja ma do zaoferowania pozytywną alternatywę czy inne opcje miałyby okazać się w praktyce mniej skuteczne. Proces podważania demokracji w ten sposób może trwać dekady, ale jak powiedział klasyk „nie można zwodzić wszystkich cały czas”. Jak w baśni Andersena: po okrzyku „Cesarz jest nagi!” nie da się dłużej ciągnąć gry pozorów. Raz ujawnione napięcie nie znika. Zaczyna organizować politykę.
W otwierającym monologu Tuld konsekwentnie przemilcza ważne pojęcie. A ono podważa całą jego argumentację. Zaufanie. Zrozumieć współczesny pieniądz to zdać sobie sprawę, co oznacza określenie „pieniądz fiducjarny”. Oparty na zaufaniu. Mówiąc o pieniądzach, Tuld, jak zręczny iluzjonista, kieruje uwagę na „papierki z nadrukiem”. Ale to nie pieniądze, to banknoty. O ich wartości nie decyduje nadrukowana cyfra. Podstawą systemu jest zaufanie. A ponieważ ekonomia systemów opisuje nie tylko finanse, ale zachowanie różnych modeli, analogicznie można rozumieć kryzys współczesnej polityki. Kiedy zasada zaufania zostaje naruszona, wystarczy, że znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że model sprzeniewierza się własnej obietnicy. A to już poważny problem nie tylko teoretyczny, ale polityczny.
Rozczarowanie nie jest jednak politycznie neutralne. […] rozziew między obietnicą a rzeczywistością bywa siłą zmiany: „Solidarność” współtworzyli […] robotnicy, którzy dostrzegli, że państwo socjalistyczne nie dotrzymuje własnych obietnic.
Magda Szcześniak O czym marzy dziś klasa ludowa i dlaczego niewiele o tym wiemy?
Impas
Często jako głównego przeciwnika realizmu przedstawia się nierozważny romantyzm czy idealizm. Postawę pragmatyczną, skupioną na trwaniu, stabilizacji lub odbudowywaniu warunków brzegowych modelu kontrastuje się z nierozsądnymi i ryzykownymi aktami politycznej woli czy wiary. Jednak wyzwanie rzucone przez politykę alternatywną ma inny charakter. Nie przedstawia się jako anty-realizm, przeciwnie, często zarzuca polityce mainstreamowej odejście od realistycznego credo. Ujawnia natomiast napięcia wychodzące z wnętrza systemu. Sprawia, że realizm dekonstruuje się sam. Dochodzi do impasu.
To sprawia, że pat jest tak głęboki. Przy silnej nieufności do samego modelu i do operujących w kluczowych jego punktach ludzi właściwie każde proponowane rozwiązanie może się wydać niewystarczające albo mało wiarygodne. Ba, każdy ruch może być interpretowany jako działanie w złej wierze, kolejny podstęp. Propozycja reformy wydaje się w sposób oczywisty próbą wzmocnienia opresji, jeśli wychodzimy z założenia, że ofertę składają przedstawiciele globalnego sprzysiężenia możnych.
Nie potrzeba tutaj, aby wszyscy uwierzyli w teorie spiskowe. Wystarczy, w przejmującej ciszy, jeden mocny głos nieprzekonanego. Veto. Od tego się zaczyna. Zaufanie czasem traci się w jednej chwili, a czasem w długim, powolnym procesie erozji. Tak na przykład Timothy Snyder opowiada o rozpadzie systemu komunistycznego. Najpierw robotnicy przekonali się, że nie spełnia obietnic. Potem elity zwątpiły w nieuchronne prawa historii i nadchodzące zwycięstwo. Gdy wiary zabrakło po obu stronach, rządzącym pozostała już tylko technologia władzy, przedłużanie status quo. Ochrona pola gry. Trwanie.
Akt
„Uważamy prawdy te za święte i niepodważalne”: takiej formuły użył w pierwotnej wersji Deklaracji Niepodległości USA Thomas Jefferson (tłumaczenie własne). Po redakcji przybrała ona jednak brzmienie „Uważamy prawdy te za samooczywiste…” (tłum. Teresa Pełka). Sformułowanie to otwiera część uzasadniającą podjętą 250 lat temu przez przedstawicieli Kongresu Kontynentalnego decyzję o radykalnym zerwaniu z metropolią. Drobna, wydawałoby się, korekta zmienia jednak istotnie znaczenie tego aktu. Zamiast odwoływania się do odwiecznie obowiązujących, nienaruszalnych prawd reprezentanci Kongresu przedstawiają po prostu niewymagającą dalszego uzasadniania listę reguł, którymi chcą się odtąd kierować. Małą poprawką redakcyjną powołują do życia nowy porządek swego świata. Samym aktem. Wprost z wymienionych dalej wartości.
W ciągu piętnastu lat od tego momentu rewolucyjne zmiany wstrząsnęły także Francją i Rzeczpospolitą. W Konstytucji 3 Maja czytamy: „chcąc korzystać […] z tej dogorywającej chwili, która nas samym sobie wróciła.” Znów krótka formuła mówi bardzo dużo: mamy do czynienia z ulotnym i rzadkim momentem aktywnego stanowienia o swoim świecie. Kongres Kontynentalny, Konwencję Narodową i Sejm Wielki, przy wszystkich różnicach w zakresie, radykalizmie i treści polityki, którą formułowały, łączy z pewnością to śmiałe przekonanie o możliwości, wręcz konieczności ustanowienia nowego otwarcia. Polityczny impas przełamywany jest przez pozornie drobne zmiany akcentów czy też starannie dobrane sformułowania, które mają odtąd organizować wyobraźnię całych społeczności na nowo. Pokazywać im w innym świetle świat. Ich samych.
Bilans powinien być jednak do końca uczciwy. Trzeba oprzeć się wrażeniu, że świat przebudować można pociągnięciem pióra. We wszystkich trzech przypadkach nowo powołane czy też radykalnie przebudowane wspólnoty musiały stoczyć w swojej obronie ciężkie wojny. Rewolucja francuska ugrzęzła na lata w terrorze i wojnie domowej, a potem nowa Francja krwawiła na polach bitew całej Europy, co ostatecznie przyniosło restaurację monarchii. Polska konstytucja nie zdążyła w praktyce wejść w życie, bo wojna w jej obronie zakończyła się klęską i rozbiorem niszczącym w praktyce podłoże przetrwania państwa. Jedynie Amerykanom udało się wbrew niekorzystnym okolicznościom dobrnąć do brzegu. W akcie fundacyjnym nie ma ustępu o gwarancjach sukcesu. Fundamenty są niezbędne. Ale nie są wystarczające.
Decyzja
Bismarck opisał politykę jako naukę o tym, co możliwe. Brzmi jak wezwanie do politycznego pragmatyzmu. Sięgania po to, co jest w zasięgu ręki. Żelazny Kanclerz, jeden z ojców realizmu, mógł zakładać, że nieustanny kryzys jest sednem porządku świata. Pozostaje więc dążyć do pochwycenia i zachowania kruchej równowagi. Tu potrzebna jest ukryta aparatura „głębokiego państwa”. Pewne ręce wyselekcjonowanych starannie cichych bohaterów. Zapora przed globalnym armagedonem.
Jefferson natomiast przestał pytać, jakie ustępstwa wobec korony brytyjskiej są jeszcze dopuszczalne. Nie szukał poręcznych praktycznych rozwiązań. Świadomie przekroczył granice wyznaczone przez status quo. Rzucił wyzwanie politycznej konieczności.
Niezależnie, czy uznamy kryzys za naturalny porządek rzeczy, czy też stan, do którego doprowadziło wyczerpanie się dotychczas dominującej formuły, stajemy na rozdrożu. Przyjmując „realistyczny” punkt widzenia, będziemy bronić trwania dotychczasowego porządku wbrew wszystkiemu, bo w tej optyce innego po prostu nie ma: nie jesteśmy w stanie zatrzymać biegu spraw, spowolnić go ani choćby odrobinę zmienić. Możemy jedynie reagować. To oczywiście ma swoją cenę. We współczesnej polityce trzeba mierzyć się z faktem, że w przedłużającym się klinczu coraz więcej obywateli będzie uczestniczyć w demokratycznych procedurach, jak to określił pewien publicysta, „zatykając nos”. Rosnąć będzie liczba zbuntowanych, którzy wycofają zaufanie i odmówią tak rozumianym procesom legitymizacji w ogóle. System zacznie wtedy pogrążać się bezwładnością własnego trwania. Szarpiąc się coraz mocniej. W ruchomych piaskach.
Można też podjąć decyzję. Odwołać się do wyobraźni politycznej i badać możliwości przełamania klinczu. Poszukać drzwi tam, gdzie w modelu widać tylko ścianę. Wypatrywać tego, co możliwe, gdy jest jeszcze poza horyzontem. Zdecydować się na zerwanie ciągłości. Akt stanowiący czasem zaczyna się od drobnej korekty. Od pochwycenia okazji. To droga bez mapy po nieznanych wodach. Wymaga ludzi, którzy uznali, że do stracenia mają niewiele: nie czeka ich w obecnej sytuacji nic dobrego. A ponieważ sens zmian wyłania się zwykle dopiero po fakcie, działać trzeba z przekonaniem, ale po omacku. Wracając spod Troi, Agamemnon wybrał dobrze znany szlak, aby dotrzeć bezpiecznie na miejsce, a tam zginąć z ręki własnej żony. Odys zaryzykował zapuszczenie się na nieznane wody, stracił całą załogę, ale uratował królestwo i odzyskał rodzinę. Tego rodzaju wybór nigdy nie jest prosty. Każda decyzja ma swój koszt. Zawsze przychodzi rachunek.
