W czerwcu świat obiegła wiadomość, że szacowany majątek Elona Muska przekracza bilion dolarów po tym, jak sprzedał on część swoich udziałów w SpaceX. To ponad trzykrotnie więcej, niż kontroluje drugi na liście najbogatszych Larry Page, współtwórca Alphabet, czyli firmy-matki m.in. Google’a. To dobry moment, by porozmawiać o nierównościach.
Z danych World Inequality Database wynika, że globalnie promil najbogatszych – mniej niż 60 tys. osób – kontroluje obecnie około 6% całego światowego majątku. Jednocześnie 50% najbiedniejszych posiada jedynie 2%. Udział grupy najbogatszych w światowym majątku wzrósł na przestrzeni ostatnich 20 lat o połowę. Kiedy reszta populacji bogaciła się o 2–4% rocznie, promil najbogatszych przyrastał o 9%.
Kapitał nie jest wirtualny – odpowiada realnym zasobom, które nie są nieograniczone. Daje też władzę i aktywnie broni swoich interesów. Rosnące nierówności to nie tylko kwestia sprawiedliwości – wpływają na to, kto kontroluje media, jak działa państwo i czy kolejne pokolenia mają szansę na równy start. Polska nie jest tu wyjątkiem – po ponad trzech dekadach gospodarki rynkowej zaczynamy dostrzegać problemy znane z krajów anglosaskich. Przeciwdziałanie postępującemu rozwarstwieniu jest przy tym trudniejsze, niż się wydaje: kapitał jest mobilny, a źle skonstruowane narzędzia potrafią zaszkodzić gospodarce bardziej, niż pomóc społeczeństwu – zwłaszcza w kraju na dorobku.
Skutki akumulacji majątku w rękach najbogatszych
W październiku 2022 roku Elon Musk przejął Twittera. Kiedy w 2024 roku wystartowała kampania wyborcza Donalda Trumpa, miliarder zdecydował się go wesprzeć. Założył komitet wyborczy America PAC i dofinansował go kwotą szacowaną na prawie 300 milionów dolarów. Wspierał swojego kandydata zarówno na wiecach, jak i w internecie. Dzięki swojemu profilowi na X, mając dostęp do 200 milionów obserwujących, stał się najgłośniejszym influencerem działającym na rzecz Trumpa.
W listopadzie 2024 roku Donald Trump został wybrany na prezydenta po raz drugi. Już w dniu objęciu urzędu prezydent podpisał rozporządzenie wykonawcze przekształcające U.S. Digital Service w U.S. DOGE (Departament Wydajności Państwa) Service. To właśnie Elon Musk stanął na jego czele i dostał wolną rękę do optymalizacji działania instytucji federalnych. Mając szeroki dostęp do baz danych urzędów, ludzie Muska zabrali się za audytowanie ich działalności celem agresywnej redukcji kosztów. Wiązało się to z masowymi zwolnieniami, zrywaniem kontraktów i grantów. Choć oficjalna strona internetowa projektu chwaliła się 200 miliardami dolarów oszczędności, to wyliczenia te były kwestionowane przez niezależnych audytorów i opozycję. Cięcia dotknęły m.in. ochrony zdrowia, pomocy międzynarodowej, inspekcji żywności czy urzędu skarbowego. Krytycy wskazywali, że działania DOGE doprowadziły miejscami do paraliżu aparatu państwowego, a w przypadku urzędu skarbowego bezpośrednio uszczupliły wpływy budżetowe.
Przygoda miliardera w amerykańskiej administracji skończyła się w maju 2025 roku. Żeby nie musieć pozbywać się udziałów w swoich firmach, Musk został zatrudniony jako specjalny pracownik rządowy, co wiązało się z limitem 130 dni pracy w roku. Projekt wszedł w fazę wygaszania, by zostać zamkniętym w lipcu 2026 roku. Dyrektor Biura Zarządzania i Budżetu Russell Vought poinformował, że administracja nie planuje wydawać żadnego podsumowującego raportu na temat działalności DOGE.
Majątek Elona Muska pozwolił mu przejąć jedną z największych platform internetowych i znacząco przyczynić się do wybrania na prezydenta swojego kandydata, w zamian za co objął istotne stanowisko w rządzie i dostał wolną rękę, by wpływać na działanie instytucji państwowych.
Zagrożenie dla demokracji
Mówi się, że media to czwarta władza. To one kreują ramy dyskursu publicznego. Jeśli są w rękach najbogatszych, to logiczną konsekwencją jest to, że serwują nam obraz mniej lub bardziej zniekształcony w stronę, która odpowiada ich interesom. Choć różni właściciele mają różne interesy i sympatie polityczne, to łączy ich właśnie stan posiadania. Nie dziwi więc, że w przypadku dyskusji o podatkach wycelowanych w najbogatszych debata jest ustawiana tak, żeby zachować status quo.
Niepokoi postępująca konsolidacja znanych marek medialnych w wielkich koncernach, co prowadzi do ujednolicenia przekazu. Tym gorzej, kiedy kontroluje je jedna osoba, jak w przypadku francuskiego koncernu Vivendi kontrolowanego przez Vincenta Bolloré, który, choć przeszedł ostatnio podział, de facto dalej zależy od rodziny Bolloré. W jego skład wchodzi cała grupa Canal+, firma reklamowa Havas, wydawnictwa Louis Hachette Group. W ramach tej konstelacji medialnej mamy np. popularne kanały telewizyjne CNews i C8, nazywane francuskimi odpowiednikami Fox News ze względu na kontrowersyjnych, konserwatywnych komentatorów i skandalizujące wypowiedzi. Do spółki z Bernardem Arnaultem, Rodolphem Saadé i rodziną Dassault, Bolloré kupił nawet jedną ze szkół dziennikarskich – ESJ Paris. Wszystkie przytoczone w kontekście Francji osoby charakteryzuje to, że nie są ludźmi mediów, tylko biznesmenami, których fortuny pochodzą m.in. z działalności w obszarze dóbr luksusowych, w logistyce czy przemyśle zbrojeniowym.
Profil biznesów właściciela zazwyczaj pokrywa się z linią redakcyjną medium. Na szczęście media publiczne mają we Francji silną pozycję i pozostają przeciwwagą dla zoligopolizowanego rynku mediów prywatnych.
Jeśli chodzi o niezależność mediów, unijny raport Media Pluralism Monitor 2026 plasuje Francję w środku stawki, podobnie jak Polskę. Węgry, ze względu na zawłaszczenie mediów przez państwo i oligarchów bezpośrednio powiązanych z obozem władzy, dostały najgorsze noty. Nie znaczy to bynajmniej, że sytuacja jest dobra. Jedynie kraje nordyckie i Niemcy zostały ocenione pozytywnie, a reszta boryka się czy to z oligopolizacją, czy też – jak Węgry – z kontrolą przez jedno środowisko polityczne.
Kraje o najwyższej niezależności mediów charakteryzują się państwowymi dotacjami dla mniejszych, często lokalnych mediów. Ponadto część mediów jest w rękach fundacji lub działa w formie spółdzielni. Ważnym bezpiecznikiem jest również prawo i układy zbiorowe, które chronią redaktorów przed wpływem właściciela. Niemcy stosują również twardy limit 30% udziału w rynku telewizyjnym, po którym koncern może być nawet zmuszony do pozbycia się jednego z mediów. To niemieckie rozwiązanie jest właśnie wdrażane w krajach Unii Europejskiej na mocy artykułu 21 Europejskiego Aktu o Wolności Mediów (EMFA).
Polski rynek medialny boryka się natomiast nie z oligopolizacją, a raczej z bardzo wyraźną polaryzacją, która sprawia, że wewnątrz jednej redakcji rzadko można spotkać się z różnymi punktami widzenia. Przytoczony raport wskazuje również, że darmowe biuletyny informacyjne wydawane przez samorządy wypierają lokalne media, jednocześnie będąc tubą propagandową władzy. Czekającym na upadek Gazety Wyborczej można więc powiedzieć: „uważaj, czego sobie życzysz, bo może się to spełnić” – to właśnie Wyborcza utrzymuje wciąż lokalne redakcje, choć raczej w dużych miastach.
Duża część debaty publicznej przeniosła się do internetu, a media społecznościowe dały możliwość wypowiedzi szerokim masom. Platformy te są jednak pod kontrolą wielkiego biznesu i – tak jak klasyczne media – nie są wolne od wpływów tych, którzy je kontrolują, chociażby poprzez manipulacje zasięgami treści. Niezależnie od kanału – telewizji, prasy czy platformy społecznościowej – ramy debaty publicznej wyznaczają ci, którzy kontrolują infrastrukturę jej przepływu.
Znaczenie nierówności ekonomicznych
Największe światowe fortuny opierają się dziś na udziałach w przedsiębiorstwach technologicznych, które powstały na przestrzeni ostatnich 35 lat i wyparły z list najbogatszych spadkobierców dziewiętnastowiecznych imperiów przemysłowych, naftowych i bankowych. W 1982 roku na liście 400 najbogatszych Amerykanów tylko 3% stanowiły osoby, które dorobiły się na nowych technologiach. Obecnie jedynie 10% listy wywodzi się z rodzin obecnych tam w 1982 roku. Thomas Piketty ostrzega jednak, że nowi miliarderzy wyciągnęli wnioski i za pomocą nowoczesnych trustów, rajów podatkowych i fundacji rodzinnych tworzą nową, odporniejszą na mechanizmy rynkowe arystokrację XXI wieku, która za kilkadziesiąt lat zablokuje mobilność społeczną tak, jak dziewiętnastowieczni rentierzy. To daleko idące przewidywania, jednakże to, czy te fortuny pozostaną skonsolidowane, jest mniej istotne niż to, czy sama struktura światowego majątku utrzyma trajektorię ostatnich lat. Nieważne są personalia, tylko skala nierówności i to, z czym się wiążą.
Kraje rozwinięte o wysokim stopniu nierówności, w tzw. modelu anglosaskim, do których należą USA czy Wielka Brytania, dążą do utrwalenia struktury społeczno-ekonomicznej i zmniejszenia mobilności społecznej. Skutkiem takiego rozwarstwienia jest istnienie dwóch równoległych rzeczywistości: tej dla biednych i tej dla bogatych. Polskie nierówności rosły tak szybko, że po 37 latach gospodarki rynkowej zaczynamy obserwować podobne problemy co Amerykanie i Brytyjczycy. Dzieci z bogatszych rodzin korzystają z korepetycji, chodzą do prywatnych szkół i nie muszą pracować, by utrzymać się na studiach. Ponadto często otrzymują od rodziny swoje własne mieszkanie, co daje im kompletnie inny start niż w przypadku kogoś, kto płacąc słono za najem, próbuje się utrzymać w dużym mieście, a następnie wziąć kredyt na kilkadziesiąt lat na własne lokum.
Problem nierówności w Polsce
Nieruchomości nie są istotną częścią portfeli promila najbogatszych na świecie, jednakże w Polsce są ulubioną lokatą kapitału dla tej szerszej grupy – górnego procenta. Na naszym podwórku to właśnie rentierstwo, które poprzez czynsze zapewnia ciągły przepływ od uboższych do najbogatszych, zdaje się być jednym z najpoważniejszych problemów. W tej sytuacji to właśnie podatek katastralny wydaje się być najpilniejszym środkiem walki z nierównościami, ale nie jedynym koniecznym.
Polskie fortuny dostały w 2023 roku ustawę o fundacjach rodzinnych. Lobbowane przez środowiska biznesowe rozwiązanie miało rzekomo zapobiec rozwadnianiu majątku i wyprzedawaniu polskich firm po śmierci ich właścicieli. W praktyce stało się kolejnym narzędziem optymalizacji podatkowej. Choć Ministerstwo Finansów zaproponowało radykalne uszczelnienie tego prawa już w 2025 roku, to nowelizacja przepisów została zablokowana przez prezydenta Karola Nawrockiego i trudno sobie wyobrazić, żeby w najbliższych latach coś się w tej kwestii zmieniło. Fundacje rodzinne w obecnej formie tylko pogłębiają problem regresywności systemu podatkowego w Polsce, gdzie na przywileje podatkowe najbogatszego procenta składa się całe społeczeństwo, a jednoosobowe działalności gospodarcze (jest ich 2,5 miliona) pozwalają płacić niższy podatek dochodowy, mniejsze składki zdrowotne i społeczne, odliczać VAT i kwalifikować wątpliwe wydatki jako koszty prowadzenia działalności.
Regresywny system podatkowy oznacza, że usługi publiczne są niedofinansowane, a długie kolejki do lekarza, wykluczenie transportowe czy spadająca jakość edukacji publicznej dotykają najmocniej tych, których nie stać na to, by skorzystać z sektora prywatnego.
To z kolei utrudnia uzyskanie poparcia dla koniecznych reform podatkowych i poprawę jakości świadczeń.
Życie na minusie
Polacy w dolnej połowie rozkładu majątku nie tylko nie mają własności – są jako ogół permanentnie zadłużeni. Kiedy nierówności są wysokie, tylko niewielki odsetek społeczeństwa jest w stanie gromadzić lub nawet utrzymać majątek, ponieważ reszta musi przeznaczać całe swoje dochody na bieżącą konsumpcję. Wszechobecny model subskrypcyjny niejako przesuwa problem rentierstwa znany z nieruchomości na inne zasoby, których właściciele czerpią zyski z ich udostępniania. Postępująca akumulacja kapitału w rękach najbogatszych nie tylko zmusza połowę społeczeństwa do życia od pierwszego do pierwszego, ale w dalszej perspektywie prowadzi też do stopniowego topnienia majątku klasy średniej, podczas gdy aktywa takie jak nieruchomości są konsolidowane w rękach coraz węższej grupy ludzi. Brak majątku przekłada się na słabszą pozycję pracownika wobec pracodawcy ze względu na brak marginesu finansowego, który pozwoliłby nie godzić się na niekorzystne warunki pracy, co w konsekwencji wpływa na wysokość płac w całej gospodarce. Brak własnego majątku to brak poczucia bezpieczeństwa, stres, gorsze zdrowie i kolejny czynnik, który sprawia, że nie decydujemy się na dzieci. To, że w Polsce mamy za sobą czas niesamowitego wzrostu gospodarczego, który – choć w różnym stopniu – odczuwamy wszyscy, nie powinno nam przysłaniać problemów strukturalnych, które odbijają się i będą się odbijać na naszym życiu codziennym.
Różne problemy, różne narzędzia
W naszej debacie publicznej od kilku lat coraz głośniej mówi się o tym, że model gospodarczy oparty na niskich kosztach pracy i inwestycjach zagranicznych wyczerpuje się. Ekonomiści – nawet tacy, dla których problem nierówności nie jest obojętny, jak Ha-Joon Chang – zauważają, że przedwczesne wprowadzanie radykalnych podatków od kapitału w krajach na dorobku, takich jak Polska, uniemożliwia powstanie rodzimych przedsiębiorstw, które mogłyby konkurować w wysokomarżowych gałęziach globalnej gospodarki, a w rezultacie grozi pozostaniem w pułapce średniego rozwoju. Polski biznes głośno mówi o tym, że innowacje blokowane są głównie przez brak dostępu do wystarczającego finansowania. Państwowe przedsiębiorstwa nie wystarczą nam do tego, żeby wejść do światowej czołówki. Potrzebujemy polityki przemysłowej, prywatnego biznesu i prywatnego kapitału, stąd też państwo powinno raczej skupić się na tym, by kapitał kanalizować tam, gdzie długofalowo, jako społeczeństwo, skorzystamy na tym najbardziej. Patrząc szerzej, opodatkowanie majątków najbogatszego promila na świecie jest jednak konieczne, jeśli chcemy ograniczyć dalszy wzrost nierówności.
Minimalny podatek od majątku dla najbogatszych
Odpowiedzią na nieefektywność systemów podatkowych w stosunku do miliarderów jest propozycja wprowadzona na globalną agendę przez francuskiego ekonomistę Gabriela Zucmana. W lutym 2024 roku, obejmując prezydencję w G20, Brazylia uczyniła walkę z nierównościami swoim priorytetem i zaprosiła Zucmana do przygotowania raportu i rekomendacji w sprawie opodatkowania najbogatszych. Dwa miesiące później ministrowie finansów Niemiec, RPA, Hiszpanii oraz właśnie Brazylii opublikowali wspólny manifest popierający ideę ustanowienia globalnego minimalnego podatku od bogactwa. W czerwcu 2024 roku, w raporcie „A Global Minimum Tax on Ultra-High-Net-Worth Individuals”, Zucman zaproponował skoordynowany podatek w wysokości 2% rocznie od majątku netto dla osób posiadających ponad 1 miliard dolarów. Podatek objąłby ok. 3000 osób i przyniósłby ok. 250 miliardów dolarów rocznie, wyrównując realny poziom opodatkowania miliarderów do poziomu, który dotyczy reszty społeczeństwa. Pieniądze z tego podatku miały w głównej mierze trafić do biedniejszych krajów, które mają problem z efektywnym opodatkowaniem międzynarodowych korporacji. Ta część sprawiła jednak, że cała propozycja stała się politycznie jeszcze trudniejsza do zaakceptowania – szczególnie dla USA, które uznało tę propozycję za zagrożenie dla suwerenności swojego systemu podatkowego – i na ten moment współpraca między krajami w celu opodatkowania fortun pozostaje w zawieszeniu. Dla Zucmana był to jednak tylko jeden z frontów, a dyskusje w ramach G20 nagłośniły temat.
Francuski poligon doświadczalny
Kiedy w 2024 roku trwały prace parlamentu francuskiego nad ustawą budżetową na rok 2025, Nowy Front Ludowy we współpracy z instytutem Zucmana przygotował serię poprawek, których celem było m.in. ustanowienie podatku minimalnego (kwota zmniejszona o sumę reszty opodatkowania) na poziomie 2% rocznie od majątku przekraczającego 1 miliard euro i przywrócenie podatku majątkowego (ISF) zlikwidowanego jesienią 2017 roku, który nakładał od 0,5% do 4% podatku rocznie na majątki powyżej 1,3 miliona euro. Skomplikowana sytuacja polityczna sprawiła, że głosami lewicy i Zjednoczenia Narodowego propozycja podatku od bogactwa została przyjęta przez parlament. Z obawy przed ucieczką kapitału, premier Michel Barnier sięgnął finalnie po artykuł 49.3 konstytucji, który pozwolił mu na przyjęcie własnej ustawy budżetowej bez poprawek opozycji i z pominięciem głosowania w parlamencie, co kosztowało rząd wotum nieufności, a w konsekwencji jego dymisję. Według Tax Justice Network, exodus milionerów to straszak polityczny sfabrykowany przez branżę doradztwa finansowego i powielany przez media – choć wyjazd Gérarda Depardieu w 2012 roku wywołał burzę medialną, to w rzeczywistości ponad 99,8% najbogatszych nie zmieniło rezydencji. Mimo że skala ucieczki jest przedmiotem sporu, to luka istniała – i nie można było jej załatać w ramach ustawy budżetowej.
Paszport tarczą
Po fiasku pierwszej ofensywy już w styczniu 2025 roku pojawił się kompleksowy projekt ustawy nazwanej mianem „Taxe Zucman”. Główną różnicą było to, że projekt zakładał opodatkowanie na podstawie obywatelstwa, a nie rezydencji podatkowej, i obniżenie progu majątku z 1 miliarda na 100 milionów euro. Opodatkowanie rezydentów podatkowych krajów UE jest jednak problematyczne ze względów prawnych i byłoby kwestionowane przed TSUE jako ograniczenie swobody przepływu osób i kapitału wewnątrz wspólnoty. Francja musiałaby więc albo doprowadzić do zmian w UE, albo wejść z nią w spór. Choć na ten moment nie ma szans na wprowadzenie podatku Zucmana, projekt czeka na nadchodzące w 2027 roku wybory prezydenckie i jest głównym punktem programu NFP.
Status quo trzyma się mocno
Historia podatku od majątku zarówno na poziomie G20, jak i we Francji pokazuje, że nawet niektóre zapisy traktatów i konstytucyjne bezpieczniki służą temu, żeby kapitał nigdy nie musiał już klękać przed suwerenem. Bez współpracy międzynarodowej prędzej przeczytamy o tym, że majątek Muska przebił 2 biliony dolarów, niż doczekamy się szczelnego podatku od fortun. Cieszy to, że jeśli chodzi o polskie podwórko, jesteśmy w stanie wprowadzić kluczowe reformy podatkowe bez wchodzenia w konflikt z instytucjami międzynarodowymi. Nie zmienia to jednak faktu, że ciężko będzie do nich przekonać społeczeństwo, a obecne trendy wskazują na to, że powinniśmy spodziewać się raczej dalszego głodzenia sektora usług publicznych i twardej obrony status quo.
