Pisz z nami. Myśl głośno. Dołącz do nas

Jak koreański metalurg uchwycił Zeitgeist?

Jak koreański metalurg uchwycił Zeitgeist?

Jego książki stały się przedmiotem dyskusji zarówno na zachodnich uniwersytetach, jak i  w reelsach na TikToku. Cytuje go zarówno prawica, jak i  lewica. W  rozpiętej koszuli, z  włosami spiętymi w  samurajską kitę i  nierzadko z  fajką nabitą tytoniem, Byung-Chul Han pyta, ile zostało z  człowieka w  epoce nieustannej produktywności. Współczesny alchemik. W  swoich esejach powraca do pytań o  zanik relacji, erozję wspólnoty i  podporządkowanie życia logice wydajności. Co takiego mówi nam jego myśl o  nas samych, że z  taką łatwością widzimy w  niej dzisiaj ducha czasu?

Pierwszy raz z  twórczością Hana zetknąłem się wiosną ubiegłego roku. Za oknem temperatura sięgała minus pięćdziesięciu sześciu stopni; lodowy szron pokrywał przyciemnioną szybę, przez którą agresywnie wdzierało się ostre słońce. Trzynaście tysięcy metrów pod nogami miałem wówczas wody Atlantyku oblewające od wschodu Półwysep Labrador. Byłem już mniej więcej w  dwóch trzecich lotu z  Reykjaviku do Toronto. The Burnout Society kupiłem na lotnisku. Nigdy wcześniej nie słyszałem o  Byung-Chul Hanie. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się kupić książki bezpośrednio przed lotem. Tym razem jednak rzeczywistość mnie do tego zmusiła. Był to być może przypadek, który powoli zamieniał się w  los. Mój Kindle wciąż ładował się w  domu. Uświadomiłem to sobie już podczas wcześniejszego lotu.

Zaakcentowanie tego momentu i  nadmiar osobistych szczegółów z  nim związanych jest konsekwencją przeczytanej w  drodze powrotnej recenzji. Jej autor na łamach “The New Yorkera” przywołuje w  pierwszym akapicie słowa Jamesa Saltera z  powieści Light Years, przy pomocy których dzieli świat na przed i  po doświadczeniu iluminacji. Pod pewnymi względami, dla mnie ten moment nastąpił z  pierwszym rozdziałem Społeczeństwa zmęczenia. Lektura Hana w  pierwszym kontakcie jest po prostu rześka. Zdania są krótkie i  mało akademickie, tak jakby autor walczył sam ze sobą, by przekazać swoje myśli jak najzwięźlej. Jak gdyby doskonale zdawał sobie sprawę, że o  ludziach zmęczonych technologią pisze dla ludzi zmęczonych technologią, których uwagę coraz trudniej przytrzymać. Zdania, akapity i  kolejne rozdziały przelatują, czytane wewnętrznym głosem, równie naturalnie, jakby były własnymi myślami. Raz po raz przecina je zazdrość, kiedy słowa autora trafnie ujmują własne intuicje. Jeszcze nim odebrałem na lotnisku samochód, do paczkomatu w  Polsce wyruszyły ówcześnie dostępne w  języku polskim książki Hana.

Kajdany wolności

Han odżegnuje się od tego, by nazywać siebie teoretykiem krytycznym. Dużo chętniej lokuje swoje pisanie bliżej fenomenologii i  Heideggerowskiej tradycji myślenia. Nie sposób jednak nie dostrzec w  jego twórczości inspiracji szkołą frankfurcką i  po prawdzie nie potrzeba do tego szczególnie dużo wysiłku. Rozpad więzi społecznych, upadek wielkich narracji i  dialektyka psychowładzy to tylko niektóre z  tematów, jakie Han czyni przedmiotem namysłu.

Niczym freudowsko rozumiany melancholik staje się kronikarzem końca, śledząc ostatnie chwile jednostki i  społeczeństwa jakie znamy. Ma świadomość, że strata już się dokonała, a  jedyne, co możliwe, to powoli się z  nią godzić. Jednocześnie lektura nie przybija i  nie pozostawia czytelnika w  poczuciu bezsilności. Han nie tyle wskazuje winnych, cynicznych złodziei prywatności i  czasu, co odsłania logikę rzeczywistości, w  której sami pozbawiamy się możliwości oporu. Nie jest to jednak opowieść tkliwa – spomiędzy kolejnych akapitów przebija złość suchych oczu.

Zdaniem Hana nie potrzeba już dzisiaj zewnętrznej instytucji władzy, aby ulegać wyzyskowi. Kiedy dawne „I must” staje się nieograniczonym dogmatem wewnętrznego „I can”, zaciera się również feudalna relacja zależności, a  uwewnętrznieniu ulega figura opresji. Podmiot współczesności nieustannie jest na drodze do wytyczania i  realizacji własnych osiągnięć, których brak domaga się kary.

Obywatel zanurzony w  linkedinowo-instagramowej filozofii samorozwoju i  sukcesów, naprzemiennie doznaje wątpliwych gratyfikacji i  wewnętrznych scen kaźni. Walczy już tylko ze sobą i  siebie samego eksploatuje. Potrzeba więcej, potrzeba ciągle. Sukcesy są chwilowe, a  rozwój jest nieustanny. Skoro wszystko jest możliwe, to jak można niczego nie osiągać i  nie robić nic? Niepowodzenie przestaje być wypadkową losu lub niesprawiedliwością systemu, a  staje się osobistą porażką. Życie jest wówczas przeszkodą w  realizacji samego siebie. Na końcu tej logiki, w  niemych trzaskach bicza ideału ego, pojawia się narcystyczna depresja.

Pracowakacje. Pracopasje. Pracoidentyfikacje. Tożsamość nie jest już złożoną opowieścią i  indywidualną historią doświadczeń, ale sumą własnych osiągnięć, umiejętności i  ambicji.

Foucaultowski dyskurs władzy, w  obliczu nieustannego przymusu osiągnięć i  pozytywności, staje się niewystarczający.

Pornografia autoprezentacji

Tym samym Han diagnozuje, że człowiek traci prywatność na rzecz perwersyjnej, niemal pornograficznej transparentności. Każde szkolenie, każdy wyjazd, posiłek i  aktywność zostają skrupulatnie udokumentowane, aby po publikacji stać się paliwem w  naoliwionej inżynierii lajków. Być widocznym po to, by szukać widowni, a  nie drugiego człowieka. Dawać świadectwo własnych osiągnięć, które nie potrzebują już obecności realnego Innego.

Pozbawieni sfery prywatnej, tego, co w  nas ukryte, niejawne i  nieprzeznaczone do natychmiastowej ekspozycji, tracimy nie tylko własną głębię. Porzucamy także opowieść o  sobie samych. Zaś powstałą w  ten sposób pustkę próbujemy wypełnić konsumpcją. Stajemy wobec otchłani niemożliwej do zasypania: z  jednej strony stale domagającej się daniny, z  drugiej – nigdy naprawdę nie nasyconej. Każdy kolejny produkt lub szkolenie kusi obietnicą sytości. Kapitalizm inwigilacji (Zuboff) po cichu wdziera się w  nasze myśli i  pragnienia, podsuwając coraz to nowe obrazy spełnienia.

Rzeczy poddane nadmiarowi i  szybkości eksploatacji tracą swoją duszę. Tracą konotacje związane z  naszą historią i  tym, co czyniło je częścią osobistej opowieści. W  zamian stają się przedmiotami przerzucanymi z  miejsca na miejsce, aż ostatecznie lądują w  koszu. Han twierdzi, że nasze tatuaże, biżuteria i  ubiór utraciły moc świadczenia o  nas. Nie opowiadają już historii. Nie niosą znaczeń. Poza zasobnością portfela albo przemijającym poczuciem estetyki można odczytać z  nich coraz mniej. Czasem jedynie kraj pochodzenia, zazwyczaj gdzieś na Dalekim Wschodzie.

Im więcej posiadamy, tym mniej doświadczamy. Ulotne staje się poczucie zachwytu i  doznania piękna. Każdego dnia zalewają nas szybkie i  łatwe treści: dopaminowa pulpa, która nie wymaga zatrzymania, namysłu ani wewnętrznej pracy. Sztuka coraz częściej traci ciężar doświadczenia, a  produkowane seryjnie obrazy i  narracje zaczynają przypominać wariacje na tej samej matrycy. Generowany sztucznie slop nie domaga się refleksji. Domaga się jedynie kolejnego przesunięcia palcem. Odtworzenia kolejnego odcinka. Zakupu kolejnej rzeczy. Konsumujemy nie tylko produkty, lecz także treści, emocje i  gotowe formy identyfikacji. Pozbawieni czasu na medytację i  zachwyt, coraz trudniej szukamy tego, co znaczące i  piękne. Bogaci w  przedmioty, stajemy się biedni we wspomnienia.

A jednak nie pozostajemy obojętni wobec przesytu. Nadmiar nas upośledza. Han pyta, czy nadal możemy myśleć o  sobie jako o  społeczeństwie freudowskim, pełnym wewnętrznych konfliktów, zakazów i  wyparcia. Coraz częściej podstawowym doświadczeniem nie jest bowiem konflikt, lecz przeciążenie. Nie zakaz, lecz nadmiar możliwości. Nie represja, lecz przestymulowanie. Ciągła przerzutność uwagi i  wyczerpanie poznawcze. Czy zaburzenie ADHD można opisać w  języku nieświadomości?

Na dopaminowym łańcuchu sięgamy po media antyspołecznościowe tak, jak kiedyś sięgano po używki. A  jednocześnie żyjemy fit. Jak dowodzi Han, nasze ciała również nie są wolne od doktryny samorozwoju. Memiczny obraz Włocha z  paczką Marlboro i  czarną kawą ustąpił pod ciężarem nowych ikon: porannej matchy albo shake’a po treningu, śniadania bogatego w  błonnik i  białko, precyzyjnie dobranej suplementacji. Okularów filtrujących niebieskie światło. Zegarka i  aplikacji mierzących sen, kroki oraz tętno. Wszystko po to, aby lepiej funkcjonować w  świecie, który sam produkuje zmęczenie. Aby czuć się dobrze, coraz rzadziej doświadczając przyjemności danej chwili.

Dawne rewolucje społeczne stały się dzisiaj indywidualną depresją

Han, który studiował również teologię, szczególne miejsce w  swoich esejach poświęca upadkowi wielkich narracji, laicyzacji i  odejściu od rytuałów. Akcentuje indywidualistyczny wzorzec życia, w  którym „Ja” staje się wartością dominującą. Nie chodzi jednak o  „Ja” rzeczywiste, lecz o  jego wyobrażoną i  wyidealizowaną reprezentację – obraz samego siebie, który trzeba nieustannie produkować, udoskonalać i  potwierdzać.

Z kolei to realne „Ja” próbuje później dogonić własne przedstawienia, pozostawiające za sobą cyfrowy ślad. W  dyktaturze samorozwoju niewiele miejsca zostaje dla innych. Nie ma już na nich czasu ani chęci. Internetowe komunikatory zastępują bliskość relacji iluzją bycia w  kontakcie. Pozwalają podtrzymywać wrażenie więzi, kiedy w  rzeczywistości spogląda się jedynie w  ekran. W  konsekwencji nie tyle zbliżają, ile dystansują i  osamotniają.

Ciągłe obcowanie z  nadmiarem informacji i  treści sprawia, że czytamy coraz bardziej pobieżnie. Często zatrzymujemy się jedynie na nagłówkach. Tracimy ciekawość i  przestajemy szukać zrozumienia. Nie chcemy już poznawać prawdy. Wystarcza nam potwierdzenie tego, co i  tak sądzimy, że wiemy. Nie poszukujemy wiedzy już po to, by zrozumieć, ale by potwierdzić samych siebie.

Han uważa, że wiedza przyswajana w  takim rytmie staje się jedynie sumą pustych informacji. Nie układają się one w  całość, nie tworzą opowieści i  nie są na tyle ważne, by zostać uwewnętrznione jako część naszej tożsamości. Wobec tego coraz częściej przyjmujemy gotowe narracje, których później bronimy przez nieustanne ich potwierdzanie. Odbieranie i  wysyłanie informacji zaczyna zastępować rozmowę. Tracimy zdolność wymiany, w  której naprawdę interesuje nas drugi człowiek, a  nie jedynie obrona własnego stanowiska.

Utrata rytuałów czyni nas bardziej samotnymi i  pozostawia poza doświadczeniem wspólnoty. Z  kolei istnienie obrzędów pozwala uznać, że istnieje coś większego niż my sami: porządek, wobec którego jednostkowe „Ja” nie jest jedyną miarą rzeczywistości. Powolne odchodzenie od rytuałów wzmacnia więc narcyzację: zamyka człowieka w  nim samym, w  jego potrzebach, emocjach i  prywatnych sposobach przeżywania świata.

Han obrazowo ujmuje to w  przeciwstawieniu społeczeństwa zasad i  społeczeństwa rytuałów. W  pierwszym wiele mówi się o  normach, lecz nikt nie czuje się z  nimi naprawdę związany. W  drugim nie trzeba bez końca ich wypowiadać, ponieważ każdy członek wspólnoty wie, co wolno, a  czego nie wolno. Usunięcie rytuałów ze wspólnej przestrzeni sprawia więc, że zanika nie tylko forma obrzędu, ale także samo doświadczenie przynależności.

Dla Hana czas rytuału jest prawdziwie czasem święta. Swego rodzaju czasem poza czasem. Nie należy do samotnego „Ja”, nie służy poprawianiu wyników i  nie domaga się natychmiastowego efektu. Rozgrywa się w  obecności innych. Powtarzalność obrzędu pozwala się zatrzymać, zwolnić i  zobaczyć nie tylko świat wokół siebie, ale także relacje, które nas z  nim wiążą. To czas nieproduktywny. Podobnie jak nuda. A  właśnie tam, gdzie nic nie musi natychmiast czemuś służyć, może pojawić się myśl, twórczość i  prawdziwe spotkanie.

Żyjąc szybko, zapełniamy pustkę impulsywnie. Chwytamy gotowe i  antagonizujące narracje, których później czujemy się zobowiązani desperacko bronić. Do miana wartości wynosimy symulakrum. Indywidualnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za niezdolność radzenia sobie w  systemie, ukierunkowując swój gniew do środka lub przeciwko sobie. Nie szukamy już realnej wspólnoty, lecz samego poczucia przynależności. Nie potrafimy i  nie chcemy rozmawiać. Nie mamy w  sobie ani odwagi, ani siły, by otworzyć się na Innego i  pozwolić, żeby nas zmienił. Zamiast tego zamykamy się w  bańkach ciągłego potwierdzenia i  demonizacji.

Filozof, który ciągle pisze tę samą książkę

Być może właśnie dlatego Han tak łatwo staje się głosem naszych czasów. Nie dlatego, że daje pełną teorię współczesności. Nie dlatego, że proponuje program polityczny albo wyjście z  impasu. Jego siła leży gdzie indziej. Han nazywa doświadczenia, które wielu z  nas przeczuwa, ale które coraz trudniej uchwycić językiem: zmęczenie, samotność, przeciążenie, utratę więzi, zanik opowieści i  głód sensu w  świecie, który oferuje przede wszystkim bodźce.

Nie oznacza to, że należy czytać go bezkrytycznie. Jego diagnozy bywają zbyt totalne. Czasem zamieniają złożoność świata w  elegancką opowieść o  utracie. Han też rzadko zatrzymuje się przy tym, co w  nowych formach życia może być twórcze, wspólnotowe albo ambiwalentne. Jest melancholikiem nowoczesności. Widzi przede wszystkim to, co znika. A  jednocześnie z  nostalgią romantyzuje to, co już minione. Mnogość teorii i  obszarów, z  których je wyciąga, często sprawia, że wydają się oderwane od swojego pierwotnego wrażenia. Tak jak nadmierne odwołania do psychoanalizy, często stojące z  samą psychoanalizą w  sprzeczności. A  w końcu wydaje się, że sam pada ofiarą swojego dyskursu, tracąc nadzieję.

A jednak trudno odmówić mu przenikliwości. W  epoce, w  której wolność coraz częściej przybiera postać przymusu, komunikacja zastępuje rozmowę, a  samorealizacja staje się kolejną formą wyzysku, Han pozostaje jednym z  najcelniejszych diagnostów naszego zmęczenia. Nie warto czytać go jak proroka. Lepiej czytać go jak sejsmograf. Jego książki nie pokazują całego świata, ale z  niezwykłą czułością rejestrują jego drżenie.