Pisz z nami. Myśl głośno. Dołącz do nas

Betonowe buty

Betonowe buty
Ilustracja: Katarzyna Brzozowska

Albo o  tym, dlaczego najlepsze rady nie zawsze rozwiązują właściwy problem

„Kategorie ekonomiczne są tylko wyrażeniami teoretycznymi, abstrakcjami społecznych stosunków produkcji” — Karol Marks, Nędza filozofii

Chcę mocnego otwarcia. Postawię więc prowokacyjną tezę, a  potem pokażę na przykładzie z  własnego doświadczenia, że jest ona w  gruncie rzeczy niekontrowersyjna i  że jej zaakceptowanie robi istotną różnicę. Do rzeczy:

nawet jeśli odwiedzamy go regularnie, lubimy i  cenimy za wybór towarów, miłą obsługę oraz przystępne ceny i  mówimy o  nim „nasz sklep”. W  obu przypadkach mamy do czynienia z  relacją, nie — przynależnością. Przynajmniej tak definiuje to Karol Marks, a  wybór takiego a  nie innego modelu rozumienia klas społecznych musi obronić się siłą argumentów tego tekstu. 

Poprzeczka zawieszona wysoko, trzeba wziąć dłuższy rozbieg. Opowiem więc anegdotę z  własnego doświadczenia. Wydaje się niepowiązana z  tematem, ale cierpliwości: będę pracowicie łączył wątki! Pracuję w  branży lokalizacyjnej – ta nazwa większości czytelników nic nie powie, więc dla uproszczenia – jestem tłumaczem. W  tym sektorze dokonuje się głęboka rewolucja technologiczna skutkująca radykalnymi zmianami w  płaszczyźnie stosunków pracy: LLMy jadą przez niego jak walec.

To w  brutalnym skrócie pokazuje dynamikę rynku. Pracownik zostaje wypchnięty do wyścigu – wyścigu stawek w  dół. Utrzymanie identycznego przychodu wymaga spędzenia o  wiele większej liczby godzin przy komputerze.

Napisać, że wśród tłumaczy panuje w  związku z  tym głęboki niepokój o  przyszłość, to niedopowiedzenie w  stylu skeczu Monty’ego Pythona. Poszukuje się więc dróg ucieczki do przodu, strategii przetrwania, a  w braku rozwiązań systemowych różnego rodzaju „łatek”. Jednocześnie bogaty plon zbierają autorzy szkoleń i  właściciele całych „szkół przetrwania” wyciągający pomocną rękę ku potrzebującym wsparcia (drugą ręką inkasując opłaty). Tytuł Diversify and Prosper brzmiał, muszę przyznać, zachęcająco, postanowiłem więc, że sprawdzę, co zrobić, by iść pod prąd rynkowym trendom i  wbrew wszystkiemu, prosperować.

Na wstępie usłyszałem, żeby się nie niepokoić, bo strach jest złym doradcą, co jest poradą tyleż prawdziwą, co zwykle mało pomocną. Następnie, że w  niektórych przypadkach właściwie można rozważyć emeryturę (heh!). Potem nastąpiły przykłady ludzi, którzy do przynoszących coraz niższy przychód tłumaczeń dodawali sobie coraz to nowe prace weekendowe albo wymyślne specjalizacje (opera, szkolenia narciarskie, amatorskie pilotowanie samolotów itp.). Wszystkie te strategie łączyła pewna cecha: polegały na inwestowaniu czasu i  wysiłku w  podnoszenie swoich kwalifikacji w  nadziei na łut szczęścia, na znalezienie bardzo szczególnego i  bardzo rzadkiego rodzaju klienta. Swoiste polowanie na białego kruka.

Tymczasem przypomnijmy: systemowo rynek oczekuje przede wszystkim, że wykonawca będzie konkurował ceną. Samorozwój rozumiany tak jak w  przytoczonych historiach jest w  takiej sytuacji bardziej obciążeniem niż inwestycją. Proste podwyższanie kwalifikacji i  dodawanie specjalizacji kosztują dużo dodatkowego czasu i  pracy.

Kusi, żeby zakończyć tym eleganckim paradoksem, ale wtedy miałbym dla swojej tezy tylko słaby dowód anegdotyczny (w sensie ścisłym), w  dodatku bez jasnego związku z  postawioną na początku tezą. Obietnic należy dotrzymywać. Przechodzimy więc od poziomu indywidualnego doświadczenia do poziomu doświadczenia zbiorowego, które można ująć jako klasowe właśnie. Sprawdźmy, co stanie się z  tymi strategiami, gdy zmienimy skalę obserwacji.

Można oczywiście przedstawić historie skutecznego zastosowania strategii samorozwojowych. Portale takie jak LinkedIn są ich pełne: odczuwałem presję zmiany, poszukałem więc kursów i  posłuchałem porad, zdobyłem rzadkie umiejętności, rynek to docenił i  oto moje wyniki biją nowe rekordy. Pytanie jednak brzmi: ilu specjalistów w  wąskich dziedzinach rynek potrzebuje? Na konferencji usłyszałem: LLM zwiększają przepustowość systemu, przyśpieszają tempo pracy, tłumacze, którzy są gotowi nabyć nowe kompetencje, mogą liczyć na więcej pracy niż dotąd, nie mniej. Warto jednak zapytać: jak ta większa ilość pracy zostanie przez rynek wyceniona, skoro cena jednostki rozliczeniowej zmierza w  kierunku zera?

Indywidualne techniki przystosowania mogą okazać się skuteczne w  konkretnych indywidualnych przypadkach. Zmieniam swoje kwalifikacje i  zakres oferowanych usług tak, by dostosować się do nowej sytuacji na rynku pracy. Jednak w  skali może to wyglądać zupełnie inaczej: owszem, pojawiają się nowe specjalizacje i  nowe nisze, tyle że w  każdej z  nich znajdzie miejsce stosunkowo niewielu ekspertów. Na każde miejsce pojawia się więc wielu kandydatów i  podaż przewyższa popyt. Wobec tego stawki nie tylko nie rosną, ale wręcz spadają. Do tego dochodzi spadek ceny za jednostkę produkcji w  wyniku zastosowania nowych technologii, co dodatkowo będzie motywować coraz niższą wycenę jednostki pracy. Dochodzimy znów do paradoksu: ja się zmieniam, przystosowuję, ale rynek moje zaangażowanie wycenia zupełnie nieadekwatnie do wkładanego przeze mnie wysiłku. Im bardziej się staram, tym bardziej bagaż moich nowych kwalifikacji, usług i  zainteresowań odczuwam jako obciążenie.

To miejsce wygląda znajomo, tu już byliśmy, kręcimy się w  kółko! Skąd się bierze ta frustrująca sytuacja, poczucie poruszania się w  błędnym kole? Aby je przerwać, musimy albo całą dotychczasową argumentację zakwestionować, albo spojrzeć na nią w  zupełnie inny sposób. Jeśli można zaakceptować konieczność transformacji, wykonać wszystkie sugerowane przez model samorealizacji gesty i  skończyć w  punkcie wyjścia, to problem tkwi nie w  jednostce, jej stosunku do zmiany, indywidualnych zaletach i  tożsamościowych deklaracjach, tylko w  jej pozycji wobec sił rynkowych.

To dlatego – od tego wyszliśmy – klasa nie jest zbiorem cech, które należy sobie zapewnić albo w  sobie wykształcić, aby czerpać korzyści z  przynależności do niej. Jest to miejsce w  łańcuchu tworzenia wartości. Nawet zgromadzenie różnych form kapitału — oszczędności, wiedzy, doświadczenia zawodowego czy sieci relacji — nie gwarantuje utrzymania pozycji, gdy zmieniają się priorytety na rynku, na którym funkcjonujemy. Zgromadzone zasoby nie zachowują swojej wartości, gdy zmieniają się reguły gry.

Technologie obniżają jednostkowe koszty wytwarzania wartości, zmienia się zapotrzebowanie na konkretne umiejętności i  na liczebność kadr. Pozycja pracownika na rynku gwałtownie się więc pogarsza niezależnie od tego, czy on postrzega transformację pozytywnie i  patrzy z  nadzieją na postęp technologiczny, czy też raczej pozostaje luddystycznie sceptyczny wobec kolejnych przełomów. Wtedy wzmożony wysiłek, aby zdobywać kolejne kwalifikacje i  próbować podążać za zmianą, bywa nie tyle inwestycją we własną przyszłość, co przerzuconym na pracownika kosztem transformacji. Kosztem, który systemowo się nie zwraca, nawet jeśli ktoś jest w  stanie zaprezentować anegdotyczne przykłady sukcesu.

Motto tego eseju: „Kategorie ekonomiczne są tylko wyrażeniami teoretycznymi, abstrakcjami społecznych stosunków produkcji” staje się teraz jaśniejsze. Nie chodzi o  to, żeby opisać, czego jednostka potrzebuje, czym się ma charakteryzować, w  jakiej kolejności powinna pokonywać kolejne szczeble merytokratycznej drabiny. Są to użyteczne abstrakcje, ale dopiero wtedy, gdy pozostają zakorzenione w  rzeczywistych relacjach społecznych, z  których wyrastają. Rzecz w  tym, żeby umieścić te abstrakcje w  realnej ramie bieżących stosunków społecznych, która się wciąż zmienia, ewoluuje, a  czasem, tak jak dziś branże dotknięte przez masową implementację dużych modeli językowych, przechodzi gwałtowne wstrząsy o  skali rewolucyjnej. W  innym wypadku będziemy się uparcie starać rozwiązywać problemy relacyjne na poziomie jednostki, przerzucając na nią największy koszt systemowych zmian.