Pisz z nami. Myśl głośno. Dołącz do nas

Dylemat białoruskiego dyktatora

Dylemat białoruskiego dyktatora
Ilustracja: Katarzyna Brzozowska

Białoruś od początku wojny rosyjsko-ukraińskiej znalazła się w  sytuacji, w  której jej terytorium jest aktywnie wykorzystywane do wsparcia rosyjskich działań wojennych w  Ukrainie. W  2022 roku Białoruś została wykorzystana jako przyczółek do inwazji lądowej na Kijów i  północ Ukrainy. Jednocześnie w  Mińsku odbywały się pierwsze negocjacje rosyjsko-ukraińskie. 

Obecnie Białoruś stanowi zaplecze logistyczne dla Rosji. Jej skromne rafinerie, których pracy nie zakłócają ataki ukraińskich dronów, są dla Rosji zbawienne. Część zachodnich sankcji również jest obchodzona przez Rosję dzięki pomocy Białorusi. Przez lata Alaksandr Łukaszenka – białoruski dyktator – skutecznie lawirował między Putinem a  szeroko pojętym Zachodem. Teraz jego pozycja może z  pozoru wydawać się lepsza niż na początku wojny, bo część sankcji nałożonych przez Stany Zjednoczone została zdjęta, a  sam Łukaszenka ma całkiem poprawne relacje z  administracją Donalda Trumpa. Z  drugiej jednak strony presja ze strony Władimira Putina tylko się zwiększa, co stawia białoruskiego dyktatora w  bardzo trudnej sytuacji. Czy Białoruś zaatakuje Ukrainę? Co czeka ten kraj w  najbliższej przyszłości? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w  tym artykule. 

— takimi słowami zwrócił się 19 czerwca do Łukaszenki prezydent Ukrainy Wołodymir Zełeński, stawiając mu de facto ultimatum. Zełeńskiemu chodziło o  tak zwane „retranslatory”, inaczej stacje przekaźnikowe, które pomagają rosyjskim dronom atakować cele na zachodniej Ukrainie. Po kilku dniach Zełeński poinformował, że retranslatory zaprzestały działania. Z  kolei rzecznik prasowy ukraińskiej straży granicznej potwierdził zmniejszenie aktywności dronów na tym odcinku. 

Narastająca eskalacja 

Alaksandr Łukaszenka od kilku lat niezmiennie powtarza, że Białoruś przygotowuje się do wojny. Podobne oświadczenia padały z  jego ust przynajmniej od 2024 roku. Znamiennym jest to, że są to wiadomości, które dzielą dwa lata, a  równie dobrze mogłyby zostać napisane w  tym samym czasie; zwykły czytelnik nie zauważyłby różnicy.

W kwietniu i  maju tego roku Zełeński kilkakrotnie powiedział, że widzi oznaki przygotowywania się Białorusi do działań skierowanych przeciwko Ukrainie lub sąsiednim krajom NATO. „Uważamy, że Rosja po raz kolejny będzie próbowała wciągnąć Białoruś w  swoją wojnę. Poleciłem, aby za pośrednictwem odpowiednich kanałów poinformować faktyczne władze Białorusi o  gotowości Ukrainy do obrony swojej ziemi i  niepodległości”, miał powiedzieć ukraiński prezydent w  kwietniu. Wtedy też OSINT zaczął dostrzegać budowanie umocnień po białoruskiej stronie granicy. Niezależne medium internetowe „Flagsztok” pisało wtedy, że faktycznie takie prace są, ale ich budowa nie stanowi zagrożenia dla Ukrainy. 

Na początku maja Łukaszenka w  rozmowie ze swoim ministrem obrony ogłosił zamiar przeprowadzenia „punktowej” mobilizacji jednostek wojskowych w  celu sprawdzenia ich gotowości bojowej. Po upływie kilku dni prezydent Ukrainy pośrednio to skomentował: „Doskonale rozumiemy, o  czym rozmawiają Rosja i  władze Białorusi. Odnotowuje się większą aktywność Rosjan w  rozmowach z  Alaksandrem Łukaszenką. Chcą znacznie bardziej wciągnąć Białoruś w  wojnę i  właśnie z  jej terytorium rozpocząć dodatkowe agresywne operacje – albo przeciwko naszemu kierunkowi Czernihów–Kijów, albo przeciwko jednemu z  krajów NATO sąsiadujących z  Białorusią.” Na co Łukaszenka odpowiedział, że to „tylko gadanie [ze strony Zełeńskiego]”. Kilka tygodni później białoruski dyktator przeprosił prezydenta Ukrainy i  oświadczył, że nie planuje prowadzić żadnych działań zbrojnych przeciwko Ukrainie, na co Zełeński odpowiedział ultimatum. 

Stanowisko Rosji

Pod koniec czerwca Łukaszenka wybrał się do Rosji na spotkanie z  Putinem, a  następnie od razu do Chin i  innych krajów azjatyckich. Mimo że wcześniej w  białoruskiej prasie pojawiały się informacje zapowiadające wizytę w  „krajach Azji Wschodniej”, Rosji na tej liście nie było. Sama wizyta zbiegła się w  czasie z  wyłączeniem aparatury naprowadzającej rosyjskie drony. Wizyta białoruskiego dyktatora u  rosyjskiego odpowiednika była niepubliczna i  niezapowiadana; po kilku dniach strony udzieliły bardzo ogólnych komentarzy na jej temat. Eksperci mówią, że tematem przewodnim rozmowy  było większe zaangażowanie Białorusi w  wojnę w  Ukrainie. Kilka dni przed spotkaniem w  „Wall Street Journal” ukazał się artykuł, w  którym cytowane przez czasopismo źródła mówiły o  zwiększonej presji przedstawicieli Rosji na Łukaszenkę. Prawdopodobnie spontaniczne spotkanie w  rezydencji na Wałdaju, w  której Putin zazwyczaj nie przyjmuje gości zagranicznych, rozciągnięte aż na dwa dni, miało na celu skłonienie białoruskiego dyktatora do zwiększenia zaangażowania w  ten konflikt. 

W artykule dla białoruskiego medium „Pozirk”  analityk Aleksander Klaskowski pisze, że Łukaszenka mógł przywieźć jakieś propozycje od ludzi Zełeńskiego, z  którymi białoruski dyktator spotykał się kilka dni wcześniej. Miały one dotyczyć rozejmu w  wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Według Klaskowskiego Łukaszenka miał przekonywać Putina, że wykorzystywanie terytorium Białorusi do ataków na północną część Ukrainy lub Polskę i  kraje bałtyckie jest złym pomysłem. Angażując na większą skalę Białoruś w  tę wojnę, Rosja odniosłaby więcej strat niż korzyści. Po wizycie u  Putina Łukaszenka udał się do Chin, gdzie spotkał się z  przewodniczącym ChRL Xi Jinpingiem. Chińskie MSZ wydało oświadczenie, w  którym poparło suwerenność Białorusi. Część osób odczytała to jako sygnał wysłany Moskwie lub Kijowowi, ale były białoruski dyplomata Paweł Macukiewicz w  komentarzu dla „Nowej Gaziety”  zauważa, że chińska dyplomacja używa zwrotu o  suwerenności jeszcze od początku lat 90.  Raczej świadczy on o  dyplomatycznej kurtuazji.

Przyszłość Białorusi

Scenariuszy, przy pomocy których Rosja mogłaby bardziej zaangażować Białoruś w  tę wojnę, jest kilka. Pierwszy z  nich jest najbardziej brutalny i  najmniej prawdopodobny:  Putin zmusi Łukaszenkę do mobilizacji armii i  ataku na Ukrainę lub któreś z  sąsiednich państw członkowskich NATO. Byłoby to jednak bardzo kosztowne dla Białorusi z  różnych powodów. Po pierwsze, w  białoruska armia nie dysponuje odpowiednią siłą i  nie ma zdolności, by lepiej przygotować się ataku.. Londyński International Institute for Strategic Studies szacował liczbę aktywnych żołnierzy na 48 600 osób (289 500 osób w  rezerwie). Nawet jeśli założymy, że każdy z  tych aktywnych żołnierzy będzie faktycznie do dyspozycji na polu walki, ta liczba nie stanowi znaczącego zagrożenia sama w  sobie. Chociaż żadnego przeciwnika nie można bagatelizować, fakt, że armia Białorusi nie miała żadnego doświadczenia w  walce, ma głównie przestarzały poradziecki sprzęt i  niskie morale, raczej nie czyni jej poważnym zagrożeniem. 

Po drugie, wojna rosyjsko-ukraińska jest niepopularna w  społeczeństwie białoruskim; 69% respondentów uważa, że Ukraina i  Rosja powinny zawrzeć rozejm, i  tylko 27% popiera działanie wojsk rosyjskich w  Ukrainie. Z  tak niskim poparciem społecznym użycie białoruskiej armii dla jakichkolwiek działań wojennych jest wysoce nieprawdopodobne. Nawet jeśli założymy, że propaganda będzie starała się przygotować ludzi na takie działania. 

Drugi scenariusz, który jest bardziej prawdopodobny, to ponowne udostępnienie terytorium Białorusi do uderzenia w  północną część Ukrainy. Obecnie jest on nie do zrealizowania przez Rosję, dlatego że ten kraj nie posiada już wystarczających rezerw poborowych, żeby takie uderzenie było z  punktu widzenia strategicznego skuteczne. Sytuacja może się zmienić po jesiennych „wyborach” do Dumy Państwowej, po których Putin może podjąć decyzję o  „częściowej mobilizacji”. Byłaby ona podobna do tej, która odbyła się we wrześniu 2022 roku. Podjęcie takiej decyzji dla samej Rosji jest ryzykowne. W  takiej jednak sytuacji Białoruś mogłaby kolejny raz posłużyć mu jako przyczółek do natarcia na północ Ukrainy. 

Kolejny scenariusz, w  którym Putin mógłby wykorzystać Łukaszenkę, to prowokacja w  krajach bałtyckich lub w  Polsce. Prowokacja miałaby na celu „przetestowanie” reakcji sojuszu, a  przede wszystkim USA i  Donalda Trumpa. O  wysokim prawdopodobieństwie takiej prowokacji mówią też wywiady państw członkowskich NATO. 

W każdym z  tych scenariuszy Białoruś będzie stratna. Po pierwsze, z  politycznego punktu widzenia, z  wielkim prawdopodobieństwem wrócą amerykańskie sankcje, zwłaszcza jeżeli ziści się scenariusz prowokacji któregoś z  państw NATO. Po drugie, jeśli będzie to agresja lub wsparcie agresji skierowane w  stronę Ukrainy, zostaną zaatakowane fabryki oraz rafineria w  Mozyrzu, które są w  tej chwili dla Rosji bezcennym wsparciem. Jeżeli ukraińskie drony są w  stanie pokonać ponad 2000 km i  zaatakować rosyjskie rafinerie położone na Syberii lub w  Sankt Petersburgu, to ze zniszczeniem celów na Białorusi nie będzie problemów. Po trzecie, dochodzą do tego nastroje społeczne; trudno orzec, czy będą protesty oddolne czy jakiś rozłam wśród elit, ale nauczony wydarzeniami z  2020 roku Łukaszenka będzie brał taki scenariusz pod uwagę.

Niemniej jednak, patrząc z  perspektywy racjonalnej, pełnoskalowa inwazja Rosji w  2022 roku na Ukrainę również wydawała się niemożliwa. Nie wiemy dokładnie, co planuje Putin i  jakie instrumenty wpływu oraz wymuszenia podjęcia decyzji ma na Łukaszenkę. Mamy pewność, że rosyjskiej armii kończy się rekrut i  że jesienią dojdzie w  Rosji do mobilizacji w  tej czy innej formie. Mając w  głowie zagrożenia, które niesie większe zaangażowanie Białorusi w  wojnę, tak czy inaczej sprawi to kłopoty broniącej się i  toczącej wojnę o  Donbas Ukrainie. Pozostaje wierzyć, że Łukaszence i  w tym przypadku uda się wymanewrować spod presji Putina i  nie doprowadzić kraju, w  którym uzurpuje władzę, do katastrofy.