Pisz z nami. Myśl głośno. Dołącz do nas

Wspólnota utracona?

Wspólnota utracona?
Katarzyna Brzozowska

Coraz częściej w  przestrzeni publicznej słyszymy wezwania do odbudowy wspólnoty. Politycy z  sejmowych mównic, uczestnicy debat telewizyjnych czy twórcy w  mediach społecznościowych powtarzają: „Polacy muszą odbudować wspólnotę”, „Polacy muszą znów być jednością”. Zdania te brzmią efektownie, łatwo zapadają w  pamięć, ale niemal zawsze pozostają pustymi deklaracjami. Łatwo powiedzieć coś takiego w  studiu telewizyjnym czy zamieścić patetyczny post na Twitterze. Trudniej po zejściu z  mównicy pójść na zebranie wspólnoty mieszkaniowej, gdzie sąsiad z  pierwszego piętra upiera się, że nie da złotówki na remont windy, bo przecież można chodzić schodami. Tam dopiero zaczyna się prawdziwa wspólnota – w  znoju, w  różnicy zdań, w  konieczności znalezienia konsensusu i  kompromisowego rozwiązania.

Ilu z  nas słuchając tego typu apeli czy wezwań myśli: „Tak, zgadzam się, ale co to naprawdę znaczy?”, „Jak to zrobić?”, „Od czego zacząć?”. Na co dzień bowiem doświadczamy czegoś zupełnie odwrotnego: coraz głębszego rozpadu więzi, coraz większej samotności, coraz bardziej bolesnego poczucia oddzielenia. Nasza codzienność to raczej kakofonia zagłuszających się nawzajem głosów niż harmonijny głos chóru.

Myślę, że większość z  nas zgodzi się ze stwierdzeniem, że przechodzimy obecnie kryzys wspólnoty.

Społeczeństwo nieufności i  zmęczenia

Jednym z  największych problemów, na który zwracają uwagę badacze, jest chronicznie niski poziom zaufania społecznego w  Polsce. W  książce Nieufność: źródła i  konsekwencje wydanej przez Instytut Problemów Współczesnej Cywilizacji im. Marka Dietricha autorzy, wskazując że jesteśmy jednym z  najbardziej nieufnych społeczeństw w  Europie, omawiają jednocześnie przyczyny i  skutki takiego stanu rzeczy na różnych poziomach. Ufamy rodzinie, czasem najbliższym przyjaciołom, ale normą jest nieufność wobec obcych, instytucji, sąsiadów czy organizacji. W  praktyce oznacza to, że współpraca społeczna staje się niezwykle trudna: sąsiad traktuje sąsiada podejrzliwie, obywatel urzędnika jak potencjalnego wroga, a  grupy zawodowe czy społeczne nie wierzą w  dobre intencje partnerów.

Każdy ruch, każda aktywność, każda inicjatywa wymaga podwójnego wysiłku, bo zawsze towarzyszy im podejrzliwość. Działanie potrzebuje dodatkowej energii, a  ta jest dzisiaj towarem deficytowym. Nawet tam, gdzie energia społeczna istnieje, łatwo zwycięża przekonanie, że „lepiej nie ryzykować”, „to się nie uda”, „nie ma sensu ufać”.

Prof. Krystyna Skarżyńska pokazuje, że brak zaufania przekłada się na słabość instytucji, brak kapitału społecznego, utrudnienia w  rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i  rozwoju demokracji w  ogóle.

Kolejnym wymiarem kryzysu jest zmęczenie polaryzacją i  konfliktem politycznym. Raport z  2023 r. Zmęczona wspólnota. Co łączy i  dzieli polskie społeczeństwo opracowany przez More in Common wskazuje, że Polacy są przytłoczeni wiecznym sporem dwóch obozów politycznych. Polaryzacja pożera całą przestrzeń publiczną, redukując tożsamości do barw partyjnych. Wielu ludzi wycofuje się w  prywatność: do rodziny, najbliższego kręgu znajomych, własnego podwórka. To mechanizm obronny, a  jego konsekwencją jest dalszy rozpad więzi.

Raport pokazuje także, że mimo różnic Polacy mają wiele wspólnych trosk: poczucie niestabilności, lęk przed przyszłością, obawa o  bezpieczeństwo. Ale te wspólne elementy rzadko stają się podstawą współpracy, bo są przesłonięte przez narrację konfliktu.

Mit samowystarczalności

Jedną z  największych iluzji zaszczepionych nam w  trakcie ostatnich 35 lat jest przekonanie, że jednostka może być samowystarczalna. Bezrefleksyjnie uznaliśmy prymat jednostki nad dobrem wspólnym. Uwierzyliśmy, że człowiek sam jest w  stanie poradzić sobie ze wszystkim, że wystarczy przedsiębiorczość, zaradność, silna wola i  ciężka praca.

Po upadku komunistycznej Polski usłyszeliśmy, że każdy jest kowalem swojego losu i  że teraz już wszystko jest możliwe. Szła za tym obietnica, że jeżeli tylko będziemy wystarczająco konsekwentni, będziemy wystarczająco ciężko pracować, będziemy mieli twarde łokcie, nie będziemy oglądali się do tyłu i  na boki, to na pewno osiągniemy sukces, na pewno będziemy szczęśliwi. Narracja ta trafiła na podatny grunt i  wytworzyła w  naszym społeczeństwie kulturę silnego indywidualizmu. To właśnie ten kult indywidualizmu stał się jedną z  przyczyn epidemii samotności, która jest obecnie jednym z  najpoważniejszych problemów cywilizacyjnych.

Problem w  tym, że jednostka samowystarczalna nie istnieje. Człowiek potrzebuje więzi, relacji z  innymi, wsparcia i  poczucia bycia częścią większej całości. Wieloletnie badania nad szczęściem w  życiu prowadzone przez Uniwersytet Harvarda, obecnie koordynowane przez Roberta Waldingera, pokazują jednoznacznie: najważniejszym czynnikiem dobrego życia są relacje z  innymi ludźmi. To ich liczba i  jakość decydują o  zdrowiu, poczuciu sensu, odporności psychicznej, a  nawet długości życia. Nie bogactwo, sukces zawodowy czy sława, lecz właśnie więzi społeczne oraz umiejętność ich utrzymania są kluczowe.

Iluzja wspólnoty – media społecznościowe

Opisując przyczyny kryzysu wspólnoty, nie można nie wspomnieć o  mediach społecznościowych. Jeszcze kilkanaście lat temu wydawały się przestrzenią spotkań, wymiany myśli, poznawania nowych ludzi. Dziś coraz częściej okazują się pułapką. Algorytmy, które decydują, co widzimy na ekranach, działają tak, by zatrzymać nas przy nich jak najdłużej. Karmią nas gniewem, oburzeniem i  zazdrością. Potęgują poczucie wyobcowania i  izolację.

W efekcie wspólnota w  sieci jest tylko pozorem. Iluzją. Dostajemy „znajomych” i  „obserwujących”, ale niewielu z  nich stanie u  naszego boku, gdy naprawdę będziemy potrzebować wsparcia. Zamiast rozmów mamy wymianę komentarzy. Zamiast sporów, które uczą dialogu i  dojścia do kompromisu, mamy wojny na wpisy, które utwierdzają nas tylko w  naszych poglądach. Zamiast rozmowy z  sąsiadem jest kontakt z  anonimową grupą w  sieci, która rzadko daje coś więcej niż złudzenie przynależności.

Co więcej, media społecznościowe rozbijają wspólnotę na tysiące równoległych światów. Każdy z  nas widzi inny obraz rzeczywistości – inne wiadomości, inne narracje, inne interpretacje wydarzeń. Dzisiaj nawet fakty są przedmiotem sporu. Trudno w  takich warunkach o  wspólny język, o  wspólne doświadczenie. Zamiast budowania mostów tworzą się mury. Często poza naszą świadomą kontrolą i  intencją.

I tu pojawia się paradoks: nigdy nie mieliśmy tylu możliwości komunikacji, a  jednocześnie nigdy nie byliśmy tak samotni. Nigdy nie byliśmy tak „połączeni”, a  jednocześnie tak podzieleni.

Realna wspólnota. Odporne państwo

Czym jest więc ta prawdziwa wspólnota? Ta w  realnym świecie, ta lokalna? Prawdziwa wspólnota to nie wielkie hasła, wielkie idee czy spektakularne, jednorazowe wydarzenia. Wspólnota to ludzie spotykający się wokół jakiejś sprawy, która ich dotyczy, która ich cieszy, napawa obawą, którą uważają za interesująca lub potrzebną. To ludzie spotykający się twarzą w  twarz, poświęcający swój czas i  angażujący swoją energię. Siadający razem, rozmawiający, spierający się i  szukający rozwiązania. Działający. Mimo dzielących ich różnic.

Spotkanie twarzą w  twarz z  drugim człowiekiem to zupełnie inne doświadczenie niż kontakt online. Może być trudne, wymaga wysiłku, cierpliwości, umiejętności wysłuchania, wytrwałości. Skonfrontowania się z  „żywym” człowiekiem i  wystawienia się na próbę. Samo wejście do jakiejś grupy, próba nawiązania kontaktu jest trudne i  obarczone ryzykiem. Wymaga o  wiele głębszego zaangażowania. Ale to właśnie dzięki takim spotkaniom, takim działaniom możemy dostrzec i  nauczyć się, że świat niekoniecznie musi być skrojony wyłącznie pod nasze oczekiwania. Zobaczyć, że ludzie czasami skrajnie się od nas różniący w  jednych sprawach, zgadzają się z  nami w  innych. Że jedno nie wyklucza drugiego. To doświadczenie uczy pokory, a  jednocześnie daje poczucie bezpieczeństwa i  poczucie sprawczości. Daje siłę, która jest czymś więcej niż sumą indywidualnych wysiłków. Daje doświadczenie, które powstaje tylko wtedy, gdy robimy coś z  innymi ludźmi dla innych ludzi.

Człowiek potrzebuje zakorzenienia. Poczucia, że nie jest sam, że może na kogoś liczyć. Relacje z  innymi ludźmi obniżają poziom stresu, pomagają przetrwać życiowe kryzysy i  chronią nas przed samotnością. Poprawiają jakość życia. Działanie z  innymi ludźmi dostarcza codziennych dobrych doświadczeń: „ktoś na mnie czeka”, „ktoś liczy na moją obecność”, „jestem dla kogoś ważna/y”.

Dlatego to, czego najbardziej dziś potrzebujemy, to spotkania z  innymi osobami w  realnym świecie. Nie lajków i  komentarzy, ale spotkania w  fizycznej przestrzeni. Przy stole, na boisku, w  świetlicy. Potrzebujemy wspólnego biegania, tańczenia, grania w  piłkę, czytania książek, sprzątania lasu, muzykowania, zwiedzania fortów, grania w  brydża czy naprawiania samochodów. Po to, żeby się poznać i  poczuć, że dobrze jest robić rzeczy razem. Po to, aby przypomnieć sobie, jak dobrze być częścią większej całości.

I jest też aspekt bardzo praktyczny. Doświadczenie Ukrainy pokazuje, ile dla państwa znaczą silne lokalne wspólnoty i  umiejący się organizować obywatele. Raport Fundacji Batorego z  2025 r. Odporność i  solidarność. Ukraińskie społeczeństwo wobec wojny pokazuje, że reformy samorządowe z  lat 2014–2015 stworzyły fundament odporności państwa i  pomogły przeciwstawić się agresji Rosji. Decentralizacja wzmocniła lokalne wspólnoty, które w  momencie kryzysu przejęły odpowiedzialność za organizowanie życia swoich mieszkańców. Gdy centrum państwa było przeciążone, peryferie działały. To one zapewniały ewakuację, pomoc humanitarną, wsparcie dla uchodźców, utrzymanie podstawowych usług społecznych, ale również obronę. Już od samego początku wojny część samorządów mogła natychmiast zorganizować formacje ochotnicze obrony terytorialnej, a  do 8 kwietnia 2022 r. powołano ponad 450 takich formacji. Przykład Ukrainy pokazuje, jak istotne są dobrze funkcjonujące lokalne wspólnoty dla odporności państwa. Polska powinna wyciągnąć z  tego wnioski.

Wsparcie państwa – odpowiedzialność obywateli.

Każda aktywność obywateli chcących działać w  realnym świecie jest dzisiaj bezcenna. Potrzebne nam są programy wspierające takie działania finansowane przez państwo. Programy maksymalnie proste, zakładające dobrą wolę i  dobre intencje obywateli. Ułatwiające sięganie po środki. Bez zbędnych procedur, konkursów i  skomplikowanych rozliczeń. Dostępne bez żadnego klucza politycznego czy ideologicznego.

Przykładem, że takie wsparcie jest możliwe, jest program Moc Małych Społeczności. To inicjatywa, rządowa, która wspiera oddolne działania w  mniejszych miejscowościach i  na wsiach. Program umożliwia pozyskanie środków na realizację własnych pomysłów. Jednak 70 milionów złotych w  skali całego kraju to kropla w  morzu potrzeb, a  dodatkowo jest on ograniczony do organizacji działających w  małych miastach i  wsiach. Tymczasem paradoksalnie to duże miasta często bardziej potrzebują tego typu wsparcia. To właśnie tam dużo trudniej o  nawiązanie więzi społecznych, a  anonimowość jest raczej normą. W  wielkich aglomeracjach ludzie częściej żyją obok siebie, a  nie ze sobą. Można mieszkać w  bloku przez dekadę i  nie znać sąsiada zza ściany, a  dużo łatwiej zaangażować się w  dyskusje na grupie na Facebooku niż w  spotkanie na osiedlu. Dlatego bardzo istotne jest, aby tego typu programy były skierowane do wszystkich obywateli niezależnie od tego, gdzie mieszkają, a  co najmniej równie ważne jest zwiększenie ich skali.

Można przywołać w  tym miejscu wsparcie dla przedsiębiorców w  czasie pandemii COVID-19. Państwo wydało wtedy miliardy złotych. Część pewnie była niepotrzebna, czasem wsparcie było zbyt hojne, ale m.in. dzięki niemu udało się nam przejść ten kryzys w  miarę „suchą nogą”. Tak samo dziś powinniśmy potraktować wspieranie lokalnych wspólnot. Zwiększyć przeznaczane na ten cel środki i  wprowadzić cykliczność programów: niech wszyscy aktywni obywatele wiedzą, że wsparcie będzie kontynuowane i  co rok ich państwo będzie przeznaczać na ten cel z  góry określone kwoty. Ktokolwiek chciałby założyć organizacje, wykazując oddolną inicjatywę, powinien być wspierany: pieniędzmi, udostępnieniem miejsca na tą aktywność czy innym działaniem administracji. Być może część tych środków zostanie zmarnowana, część aktywności okaże się niewypałem, ale te osoby, które zdobędą w  ten sposób doświadczenie, te inicjatywy, które przetrwają, zbudują relacje nie do przecenienia.

Wspólnota odzyskana?

W Polsce nie brakuje energii do działania. Mamy szereg cech, które odróżniają nas od innych narodów. Cechy te pomogły nam przetrwać długi okres bez własnego państwa.

Możemy sobie nazywać to jak chcemy. Jednak ta energia, pewna nieszablonowość działania, umiejętność funkcjonowania w  trudnym otoczeniu, czy „branie spraw w  swoje ręce” są w  nas i  mogą być wielką siłą, jeśli zostaną dobrze wykorzystane.

Rola centralnej władzy powinna ograniczać się do odpowiedniego rozkładania akcentów, wybierania kierunków rozwoju i  alokowania środków finansowych. Po to, aby nasze działanie nie było kolejnym pospolitym ruszeniem tylko miały bardziej ustrukturyzowany, systemowy charakter. Po to, aby lokalnie odzwierciedlały zadania, jakie stoją przed państwem i  cele, jakie państwo chce zrealizować. Ale to my – obywatele żyjący w  danej lokalnej społeczności – lepiej wiemy, co jest nam konkretnie potrzebne tu na miejscu. Inaczej wygląda to w  moim rodzinnym Poznaniu, a  inaczej, u  kogoś kto mieszka w  podsuwalskiej wsi.

Potrzebujemy dziś działania realnych ludzi w  realnym świecie. To tam uczymy się odpowiedzialności za innych, tam wypracowujemy umiejętność działania razem, tam doświadczając swojej sprawczości budujemy swoje „małe ojczyzny”. Tam uczymy się patriotyzmu, w  którym troska o  dobro wspólne i  gotowość, by czasem odłożyć własny interes na drugi plan, staje się wartością.

Czas na to, aby politycy uświadomili sobie, że budowa państwa zaczyna się od wspierania obywateli działających na rzecz lokalnych społeczności. Że przeznaczone na to środki są najlepszą inwestycją w  budowę odpornej Polski. Że jest to kwestia bezpieczeństwa, zdrowia psychicznego, odporności państwa i  trwałości demokracji. Że może być to kwestia przetrwania.

Równie kluczowe jest uświadomienie sobie przez nas, obywateli, że w  przypadku jakiegokolwiek kryzysu, niezależnie, czy będzie to powódź, susza, blackout czy wojna, z  pomocą najpierw przyjdą nam członkowie naszych lokalnych wspólnot. Z  pomocą przyjdą nam nasi sąsiedzi. To na nich będziemy mogli liczyć i  to oni będą liczyć na nas. Może jak to zrozumiemy to uznamy, że jednak lepiej pójść razem z  nimi na sprzątanie świata, niż spędzić ten czas samotnie, skrolując facebooka.