Zautomatyzowany transhumanistyczny kapitalizm

Zautomatyzowany transhumanistyczny kapitalizm

Dominik Kacprowski

Jak pisał Aaron Bastani w książce W pełni zautomatyzowany luksusowy komunizm, w świecie post-niedoborudzięki niemalże darmowej energii, zaawansowanej automatyzacji i górnictwu w kosmosiebylibyśmy w stanie zaspokoić wszelkie materialne potrzeby ludzkości, a zamiast pracy zarobkowej zajmowalibyśmy się czym tylko chcemy. Opowieści o czasach wojen o zasoby i powszechnego ubóstwa moglibyśmy odłożyć na półkę.

Tej utopii nie bylibyśmy nawet w stanie sobie wyobrazić, gdyby nie to, co wystrzeliło nas w kierunku teraźniejszości. Pod koniec XVIII wieku wraz z rozwojem nauki i techniki w Europie pojawiają się ogniska rewolucji przemysłowej, która pociągnie za sobą przemiany społeczne i polityczne na skalę, której ludzkość wcześniej nie znała, w tempie, które nie przystaje do powolnego nurtu świata przedindustrialnego. Rewolucja ta wyśle nas w podróż w nieznane, da nam ogromny potencjał do poprawy warunków życia, ale też postawi przed nami nowe wyzwania.

Przenieśmy się zatem na chwilę na XVII-wieczną wieś, gdzie znaczenie technologii w codziennym życiu jest znikome. Zmiany rozkładają się na stulecia, stąd też świat poznawany w młodości nie odbiega znacząco od doświadczanego na starość – o ile dane nam jej dożyć. Śmiertelność wśród dzieci jest wysoka. Każda choroba może stanowić zagrożenie życia, a złamanie grozi kalectwem. Osoby niebędące w stanie o siebie zadbać są skazane na łaskę rodziny i sąsiadów, a ci nie zawsze mają czym się podzielić. Głód zawsze pozostaje realnym zagrożeniem. Ubrania i narzędzia są dobrami, które trudno zdobyć, bo nawet gwóźdź wymaga dużego nakładu manualnej pracy. We wsiach narażonych na splądrowanie zarówno przez obce, jak i lokalne armie łatwo stracić cały dobytek. Porównując tę sytuację do dzisiejszych czasów, widzimy postęp na każdym polu. Postęp, który – przynajmniej w Europie Zachodniej i Środkowej – dokonał się w ramach struktury kapitalizmu. Prześledźmy zatem jego ewolucję i zastanówmy się, dokąd może nas zaprowadzić.

Ewolucja kapitalizmu

Systemem poprzedzającym kapitalizm był feudalizm, w którym władza polityczna była skupiona przede wszystkim w rękach arystokratycznych rodów. W Europie Zachodniej najzamożniejsi mieszczanie byli często lepiej sytuowani od feudałów, jednakże ich władza ograniczała się do cechów rzemieślniczych, gildii kupieckich i – w mniejszym lub większym stopniu – gmin miejskich. Choć w miastach żyła niewielka część populacji, staną się one źródłem przemian politycznych i społecznych, które dotkną wszystkich.

Epoka wielkich odkryć odsłoniła przed Europejczykami nowe lądy. Wraz z postępem kolonizacji w Europie pojawiało się coraz więcej towarów i kruszca. Miasta jako centra wymiany towarów zaczynają zyskiwać na znaczeniu. Nadwyżki kapitału szukają ujścia w inwestycjach, na ten moment związanych głównie z handlem. Z kolonializmem łączy się też powstanie protokorporacji, takich jak Kompania Wschodnioindyjska. Postęp w nauce przynosi przełomowe wynalazki: maszynę parową i maszyny włókiennicze, które będą fundamentem brytyjskiej industrializacji. XVIII wiek to również wiek rewolucji agrarnej, która sprawia, że wydajniejsze rolnictwo zaczyna produkować znacznie więcej żywności. To z kolei wymaga odpowiedniej skali, stąd też wywłaszczenia małorolnych chłopów i konsolidacja ziemi nabierają tempa. Rozwój medycyny i lepsza dieta dają początek wyżowi demograficznemu, który w połączeniu z wywłaszczeniami generuje dużą liczbę ludzi bez pracy, majątku i ziemi, uruchamiając rewolucję przemysłową.

Kapitał handlowy zakumulowany przez mieszczan znajduje ujście w inwestycjach w rodzącym się przemyśle. W portach i małych ośrodkach wolnych od kontroli gildii i cechów powstają kopalnie, huty, zakłady włókiennicze i cegielnie. Chłopi w poszukiwaniu zajęcia ściągają masowo do pracy w branżach epoki industrialnej i zasilają tkankę rodzących się miast przemysłowych. Ciężar gospodarki zaczyna przechylać się w stronę produkcji przemysłowej. Rodzi się nowa klasa: przemysłowców – właścicieli fabryk, a potem i całych gałęzi przemysłu – których znaczenie, również polityczne, z czasem urośnie.

Globalna rywalizacja państw wytwarza impuls w kierunku zwiększenia wydajności produkcji. Powstają coraz większe i bardziej złożone rynki. Obieg pieniądza, jaki znamy z handlu, czyli T–P–T« (towar–pieniądz–inny towar: sprzedać zboże, żeby kupić ubranie), w przemyśle przybiera formę P–T–P«, gdzie celem nie jest zaspokojenie konkretnej potrzeby, czyli konsumpcja, lecz powiększenie kapitału. Pieniądz (P) zamieniony jest na siłę roboczą i środki produkcji (T), by po procesie wytwórczym wrócić jako pieniądz w ilości powiększonej o wartość dodaną (P«).

Wartość siły roboczej jest podyktowana kosztem wychowania i utrzymania pracownika. Robotnik nie sprzedaje owoców swojej pracy, tylko swój czas. W momencie sprzedaży produktu procesu wytwórczego wartość dodana trafia nie do pracownika, lecz do właściciela środków produkcji – kapitalisty – co prowadzi do akumulacji kapitału. Konkurencja rynkowa zmusza producentów do obniżania kosztów, a te spadają wraz ze skalą i zaawansowaniem technologicznym produkcji. Małe podmioty – takie jak rzemieślnicy – są wypierane przez większe, wydajniejsze, posiadające kapitał, by implementować innowacje i rozszerzać swoją działalność. Stąd konkurując, producenci muszą reinwestować akumulowany majątek i walczyć o to, by nie zostać w tyle. XIX wiek staje się wiekiem kapitalizmu przemysłowego.

Struktura i logika kapitalizmu przemysłowego opiera się na własności prywatnej, popycie, podaży, konkurencji i na zysku jako głównym motywatorze. Bliższe spojrzenie na te fundamenty pozwala zauważyć problemy i sprzeczności, które są wciąż aktualne, mimo powstawania coraz to nowych gałęzi gospodarki i technologii. Popyt wytwarzany jest przez konsumentów. Towary produkowane są przez pracowników. Konsument potrzebuje pieniędzy, aby kupować towary i usługi. Pracownik jest traktowany jako część kosztów, a koszty należy redukować, aby – obniżając cenę – konkurować na rynku i przynosić zysk. Każdy pracownik jest jednocześnie konsumentem. Z jednej strony rynek wymaga, żeby pracownik dysponował siłą nabywczą, aby kupić towary – im więcej, tym lepiej – a z drugiej, by zapłacić mu jak najmniej. Balans siły między pracownikami a pracodawcami wynikający z rynku pracy i prawa pracy kształtuje wysokość marży i podlega ciągłej negocjacji.

Koniec XX wieku to moment, w którym kapitalizm przemysłowy zaczyna ustępować kapitalizmowi finansowemu. P–T–P« zostaje skrócone do P–P«. Kapitał przestaje potrzebować fabryk, surowców i robotników, a zaczyna generować zysk z długu, obrotu instrumentami finansowymi i spekulacji. Na tym etapie pieniądz w znacznym stopniu zrywa więź ze światem materialnym, a jego obieg sprowadza się do zmian zapisów liczb w cyfrowym systemie finansowym.

Natura rynków sprawia, że zysk jest podstawową i najważniejszą wartością, jaką kieruje się kapitał. Wydaje się, że za kapitałem stoją ludzie. A co, jeśli to kapitał stoi nad ludźmi?

Człowiek traci podmiotowość

Żeby odpowiedzieć na pytanie o relację między człowiekiem a kapitałem, należy podsumować, jak zmieniała się rola człowieka w systemie produkcji. Na etapie feudalnym produkcja opierała się na sile mięśni, a narzędzia były jedynie przedłużeniem ludzkiej ręki. Wraz z nadejściem maszyny parowej człowiek stał się operatorem: to maszyna wyznaczała tempo produkcji, a operator musiał się do niego dostosować. W gospodarce cyfrowo-finansowej produkcja dóbr fizycznych jest tak dalece zautomatyzowana, że rola człowieka coraz bardziej sprowadza się do konsumpcji i generowania danych dla algorytmów. Człowiek traci podmiotowość.

Środowisko Cybernetic Culture Research Unit (CCRU), skupiające m.in. filozofa Nicka Landa, ukuło termin hiperstycji, czyli fikcji, która urzeczywistnia się sama przez to, że ludzie w nią wierzą. Według nich kapitalizm jest właśnie takim rodzajem fikcji. Każde przedsięwzięcie jest na początku tylko pomysłem. Wiara w dochodowość idei uruchamia realne zasoby, sprawiając, że staje się ona samospełniającą się przepowiednią. Ekspansja kapitału jest imperatywem całego systemu, a człowiek, zarażony pragnieniem zysku, staje się jej narzędziem. Sterujący naszymi ciałami pieniądz jest nośnikiem informacji, a życie staje się funkcją wzrostu kapitału. To nie my kontrolujemy kapitał, tylko kapitał kontroluje nas: kształtując nasze marzenia, wykorzystując naszą chciwość, a wreszcie kanalizując naszą kreatywność, by się reprodukować. Według CCRU w sposób nieunikniony prowadzi to do powstania ekosystemu technologicznego tak zaawansowanego, że człowiek stanie się zbędny, a zastąpi go cyfrowa inteligencja kapitału.

Aby do tego doszło, po pierwsze, technologia i kapitał muszą się oderwać od ludzkiej kontroli i zdobyć możliwość zarządzania materialnymi zasobami. W dzisiejszym świecie funkcjonują procesy, w których pętli decyzyjnej nie ma człowieka, chociażby High Frequency Trading (HFT), gdzie algorytmy same grają na giełdzie. To nie przypadek, że właśnie rynki finansowe jako pierwsze zerwały z biologicznymi ograniczeniami, aby wykonywać transakcje w tempie osiągalnym tylko dla maszyn. Już wcześniej nie potrzebowały ludzi do wypracowywania zysku, a jedynie do kontroli nad kapitałem. Dziś serwerownie i centra danych korzystają z algorytmów do sterowania podstawowym ekosystemem cyfrowej inteligencji: energią elektryczną i mocą obliczeniową. Rozwój automatyzacji w przemyśle zbrojeniowym dotyczy bezzałogowych samolotów, łodzi podwodnych, pojazdów, ale też systemów rozpoznawania celów czy zarządzania logistyką. Włączenie algorytmów w pętle decyzyjne rozważane jest też w administracji czy sądownictwie. Rezygnacja z dążenia do coraz powszechniejszej i wydajniejszej automatyzacji grozi utratą konkurencyjności, czy to na rynkach, czy na arenie międzynarodowej, a docelowo wyparciem przez wydajniejsze podmioty. W warunkach ciągłej konkurencji nie sposób wyobrazić sobie odwrócenia tego trendu.

Żeby technologia mogła osiągnąć pełną autonomię, potrzebny jest jeszcze jeden czynnik – wyłączenie człowieka z procesu jej rozwoju. Świętym Graalem firm zajmujących się dzisiaj SI jest osiągnięcie poziomu, na którym owa SI mogłaby stworzyć lepszą wersję samej siebie. Modele językowe prawdopodobnie nie są gałęzią SI, z której powstanie coś, co przekroczy nasze zdolności intelektualne. Tym niemniej celem OpenAI początkowo był właśnie otwarty i bezpieczny rozwój SI, z czasem jednak organizacja non-profit zaczęła szukać zysków. Po odwołaniu Sama Altmana z pozycji CEO przez zarząd – właśnie ze względu na to, że pod jego kierownictwem początkowe założenia zostały wyparte przez chęć zysku – kapitał wymusił przywrócenie Altmana, a OpenAI obrało kurs na pełną kapitalizację.

Na podstawie tych doświadczeń należy przyjąć, że zagrożenie wynikające z powstania superinteligentnej, samodoskonalącej się SI jest potencjalnie realne. Biorąc pod uwagę, że kiedy zostaną spełnione wszystkie warunki konieczne do eksplozji inteligencji, może być już za późno na reakcję, bo utrata przez człowieka kontroli nad cybernetycznym monstrum będzie prawdopodobnie kwestią godzin.

Nie zapominajmy też, że już teraz trwają prace, by połączyć człowieka z maszyną. Neuralink Elona Muska – interfejs łączący mózg bezpośrednio ze światem cyfrowym – rozwój protetyki i biotechnologii, to coś, co może być zalążkiem cyborgizacji człowieka. Skoro jesteśmy gotowi na operacje plastyczne, żeby wyglądać lepiej, to implanty rodem z cyberpunka, które miałyby nam dawać przewagi intelektualne czy fizyczne, byłyby przynajmniej równie mocno pożądane. Wszystko wedle tej samej logiki – logiki kapitalizmu, która nie pozwala nam zostać w tyle.

Jaką część człowieczeństwa będziemy w stanie poświęcić? Według Nicka Landa – całość. W jego wizji nasza planeta zostanie przekształcona w technosferę służącą jednemu celowi – ekspansji technologicznego kapitału. Ciekawy jest też sentyment akceleracjonistów myślących podobnie do Landa; według nich technologiczna superinteligencja jest nie tylko nieunikniona, ale pożądana, a my powinniśmy pogodzić się z tym, że nasz czas, jako panów świata, dobiega końca. Wydawać by się mogło, że takie poglądy dotyczą jedynie wąskiej grupy filozofów, ale przykład Petera Thiela – jednego z założycieli spółek takich jak PayPal, OpenAI czy Palantir – pokazuje, że ta wizja znajduje zwolenników wśród ludzi dysponujących znaczną władzą i zasobami. Choć należy zaznaczyć, że dla Thiela i innych techno-optymistycznych libertarian deklarowanym celem jest przezwyciężenie ograniczeń biologicznych, a nie zastąpienie człowieka. Rzecz w tym, że droga do obu tych celów wygląda bardzo podobnie, nie wiemy, co znajdziemy na jej końcu, a dodatkowo firmy technologiczne dążą do deregulacji obszarów swojej działalności, co odebrałoby społeczeństwu jakąkolwiek kontrolę nad tym procesem.

Czy jesteśmy na straconej pozycji?

Wraz z kapitalizmem przemysłowym rozpowszechnił się pogląd, że wzrost nigdy się nie zatrzyma, a technologia – w przyszłości – rozwiąże wszystkie problemy. Dotychczas jednak kwestie takie jak globalne ocieplenie pokazują nam, że rozwój przynosi też nowe wyzwania, a ich rozwiązanie wymaga działań na polu systemowym i społecznym, a także wzięcia pod uwagę wartości innych niż zysk.

Próby odzyskania społecznej kontroli nad technologią, takie jak europejski AI Act, pokazują jednak, że walka nie jest jeszcze przegrana. Regulacje związane z AI Act wprowadzają wymóg utrzymania człowieka w pętlach decyzyjnych systemów wysokiego ryzyka, jak sądownictwo czy medycyna. Ponadto nakazują transparentność co do przesłanek, na podstawie których decyzje są podejmowane. Nowe modele językowe muszą uwzględnić mechanizmy bezpieczeństwa czy filtry dyskryminacyjne, a te, które tego nie zapewnią, nie będą dopuszczone do obrotu w UE. W końcu regulacja ta nakazuje przejrzystość, jeśli chodzi o dane do trenowania modeli – te nie mogą być zdobywane z pogwałceniem praw autorskich lub pochodzić z informacji wrażliwych, jak dane medyczne. Pierwsze elementy tego prawa zostały zaimplementowane w 2025 roku, a reszta nadejdzie w 2026. Pozostaje mieć nadzieję, że – jak w przypadku RODO czy USB-C – unijne regulacje będą miały globalny wpływ również na rynek SI.

Choć przykład AI Act pokazuje, że wciąż potrafimy kierować rozwojem, równoważąc zysk innym wartościami, to okiełznanie korporacji zarządzających coraz większymi zasobami nie będzie łatwe. Tylko sterując rozwojem w sposób przemyślany i nastawiony na dobrostan człowieka, będziemy w stanie wykorzystać nasze zdolności i zasoby do kształtowania lepszej przyszłości, zamiast dryfować z prądem zysku w stronę posthumanizmu.